
Po czterech latach zebrała się w końcu w sobie i swoim świecie, by mnie odwiedzić.
Pierwszy raz od pięciu lat odłączyła się od syna. O cztery za późno.
Okazało się, że świat bez Niej się nie zawalił, wszyscy żyją, mało tego, mają się świetnie.
Choć wciąż jeszcze może spaść samolot powrotny. Idzie oszaleć!
Zapytałam moją Mamę czy przyjedzie na dwa dni do dzieci, byśmy mogły skoczyć do Krakowa.
Na co moja Mama rzekła, bym przywiozła Jej dzieci na cały tydzień i byśmy sobie same pobyły, skoro Kama też bez Kuby.
Zatem wiecie jak jest? Raj!
Za moim domem są w lesie trzy stawy. Poszłyśmy na przedpołudniowy spacer do jednego z nich.
Nazywam go cmentarzyskiem drzew. Wyrastają z Niego obumarłe pnie.
A potem zrobiłyśmy risotto z warzywami i zupę dyniową z mleczkiem koksowym (uwielbiam!).
I popołudnie polskich filmów miałyśmy, bo Kamcia jest spragniona polskich filmów.
(W kinie we wtorek „Najlepszy”. A wczoraj domowo „Gwiazdy”, „Bogowie” i „Ostatnia Rodzina”).
Jutro już koniec naszego babskiego tygodnia. Odlatuje. Tym samolotem co doleci szczęśliwie.
tablica ogłoszeń
Dziś taki tytuł, bo ogłoszeń będzie kilka.
Zaczynamy.
Pierwsze, na allegro jest do wylicytowania na rzecz WOŚP zestaw.
Książka „Blog”, „O życiu”, „Liść”, plakat „Alfabet” i zawieszka.
Link do aukcji TUTAJ.
Trzymam kciuki, w tamtym roku książka „Blog” i plakat „alfabet” poszedł za ponad 300 zł!
Oczywiście wszystkie 3 książki z dedykacjami.

Druga sprawa.
Jest już całkowita końcówka kolekcji „Cotton 100%”.
I ostatnie zniżki do 40%. TUTAJ.
Plus darmowa wysyłka.
Od dziś, do końca stycznia jest darmowa wysyłka na wszystko. Nie ma kwoty minimalnej.
(Dla tych co dokonali zakupu w styczniu, a paczka jeszcze nie wyszła, dokładam coś w prezencie, aby nie złościli się, że po co z zamówieniem się pospieszyli 😉 )

trzecia sprawa..
Konkurs Literacki trwa. Ilość Waszych zgłoszeń i prac przerasta moje oczekiwania. Myślę, że na jednej publikacji się nie skończy. Wszystkie zgłoszenia schodzą. Są drukowane. Czytane.
Będę odpisywać na te maile w ostatnim tygodniu stycznia.
Zatem jeżeli Ktoś nie otrzymał mojej odpowiedzi, mail doszedł, nie martwcie się. Będę zatwierdzać wszystko do końca stycznia.
czwarte ogłoszenie 🙂
Jakby Ktoś miał ochotę to na portalu MINT, pojawił się artykuł z nami, który był w gazecie Mammazine (edycja lato). Zdjęcia i wywiad.
Więcej zdjęć do zobaczenia TUTAJ.
A wywiad kopiuję i wklejam.
MINT: Ciekawa jestem, skąd pomysł na chatę w skandynawskim stylu – to realizacja marzeń i chęć stworzenia waszego miejsca na Ziemi?
JULIA ROZUMEK: Wydaje mi się, że tak naprawdę do skandynawskiego stylu to jej daleko. Takie określenie przyjęło się wśród znajomych czy moich czytelników. Skandynawia kojarzy mi się bardziej z bielą, minimalizmem, a u nas – taka trochę graciarnia. I choć co jakiś czas próbuję nas „odgruzować”, to za chwilę jest podobnie. Chyba taka natura moja i męża. Nie mieliśmy zatem żadnego planu, by dom był podobny do jakiegoś konkretnego stylu, wzoru. To połączenie wspólnych wizji dało taki efekt.
M: Kiedy pomyślałaś: „chcę właśnie tak mieszkać”?
JR: Nigdy nie miałam myśli, że właśnie tak ma być. To wszystko powstawało samo i powoli. Wiadomo, pojawiła się myśl o budowie domu. Oczywiste też było, że ma być z bali i trochę z cegieł. Cudowne jest to, że z mężem zgadzamy się dosłownie we wszystkim, jeżeli chodzi o te wnętrza i dekoracje. Często podczas budowy pytał, jakie mają być, ja zawsze odpowiadałam – wybierz, jakie chcesz, bo na pewno będą dokładnie takie, jakie ja bym wybrała. I zawsze były dokładnie takie. A odpowiadając na pytanie, to nigdy tak nie myślałam, bo miałam skromniejsze marzenia, nie przypuszczałam, że trafi mi się taki zaradny mąż, a co za tym idzie – ten właśnie dom.
M: Czy styl domu to wypadkowa waszych preferencji i gustów designerskich czy zupełny przypadek?
JR: Myślę, że to całkowicie wypadkowa naszych preferencji i gustów. Przypadkiem jest, że mamy np. tę, a nie inną szafę, bo na giełdzie staroci szuka się czegoś w wybranym stylu, a nie konkretnego przedmiotu, ale zdecydowanie poszukujemy i kręcimy się dookoła naszych upodobań, a potem je realizujemy.
M: W którym miejscu najczęściej i najchętniej spędzasz czas?
JR: Odpowiedź na to pytanie podzieliłabym na dwie części. Pierwsza odnosi się do tego, gdzie najczęściej spędzam czas z racji tego, że pracuję w domu, mamy małe dzieci oraz że lubimy gotować i jeść w domu. Jest to zatem kuchnia, która jest połączona z jadalnią i salonem. Tu spędzam 90% dnia. Tutaj też mamy prawie wszystkie zabawki i kąciki dla dzieci (biureczka, domki). A jeśli chodzi o drugą część pytania – marzy mi się, by spędzać więcej czasu w wannie czy w fotelu bujanym z ulubionymi książkami, ale prawda jest taka, że… gdybym chciała to bardzo robić, to bym to po prostu robiła. Zatem odpowiedź jest jedna i ta sama – najczęściej przebywam w naszym kompleksie kuchenno-jadalniano-salonowym.
M: Czym kierowałaś się przy wyborze mebli i dodatków?
JR: Całkowicie swoimi potrzebami estetycznymi. Coś gdzieś wpada mi w oko i przynoszę to do domu. Już podczas budowy gromadziłam różne meble z targów staroci. Nie kompletowałam ich ani nie dopasowywałam, dopiero po wprowadzeniu je wstawialiśmy i one tak, chcąc nie chcąc, musiały się polubić.
M: Z którego mebla jesteś najbardziej dumna?
JR: To zależy. Pod pojęciem dumy rozumiem dumę przed sobą, bo ludzie mają różne gusta i każdemu z nas podoba się coś innego. A ja wszystko lubię podobnie. Może zegar stojący, bo zegarów miałam przesyt, przez to, że zajmował się nimi mój Tato. Były dla mnie już zbytnio opatrzone, zbyt ozdobne. Lubię ten, który mieszka u nas. Takie klasyczne Art déco.
Lubię też kanapy w salonie, szafki biblioteczne, wóz dziecięcy, drewnianą apteczkę, meble w biurze.
M: A którego za żadne pieniądze byś nie oddała?
JR: Hmm… chyba nie ma takiego. Za żadne pieniądze nie oddałabym szczęścia mojej rodziny, dlatego już nie pracuję tyle, co kiedyś. Kocham nasz dom i jego wnętrze. Ale to ściany i przedmioty. Może inaczej – mam wielki sentyment do wielu z nich, ale gdyby ich sprzedaż mogła przynieść ukojenie jakiegoś problemu duchowego czy innego, to byłabym w stanie z nich zrezygnować.
Nie oddałabym moich walizek z pamiętnikami, liścikami z lat szkolnych itp. Ale to nazywam wspomnieniami, to raczej nie przedmioty. Choć często śmiejemy się z mężem, że gdybyśmy mieli stąd uciekać, to w pierwszej kolejności pod pachę złapiemy ekspres do kawy. Trudno by mi było oddać deski, które mój Tata nabijał na ściany podczas upalnych dni budowy, czy bale do ciemnej nocy szlifowane przez mojego męża…
M: Nasza sypialnia to marzenie niejednej z nas, skąd pomysł na taką przestrzeń?
JR: Zanim zaczęliśmy projekt i budowę, już mi się bardzo podobało takie rozwiązanie – wanna w sypialni. Mąż podchwycił pomysł. Sufit zostawiony do samego szczytu, by uzyskać większą kubaturę, a przez to lepsze powietrze do spania. Mam nadzieję, że będzie to pomieszczenie, na które przyjdzie czas. Dziś żyjemy w pędzie, ale lada moment dzieci będą miały więcej swojego świata, a ja położę się z książką w tej wannie. Otworzę na oścież okna i wieczorny letni chłód będzie oplatał mi ramiona. Kwestia samej zabudowy wanny i takiego jej ułożenia to moja wizualizacja, a męża wykonanie.
M: Jaki wpływ mają Twoje dzieci na kreowanie przestrzeni?
JR: Chyba kluczowy. Niskie pufy, by zawsze mogli się położyć czy usiąść wygodnie. Wóz na dole z ich zabawkami, książkami. Huśtawka, domki, hulajnogi, autka, rowery. To wszystko zajmuje najwięcej miejsca. Jeżeli chodzi o dobór mebli czy dodatków – są za mali, by w tym pomagać, choć autorką pokoiku Tosi jest ona sama. Nie wtrącam się, nie dekoruję. Czasami proponuję, a ona mówi, czy też ma na to ochotę.
M: Widzę dbałość o detal, meble i dodatki niby często z innej bajki, ale tworzą jedną spójną całość – to efekt zamierzony?
JR: No właśnie, zbieram, kupuję to, co mi się podoba. Nie zastanawiam się, czy będzie do siebie pasować.
Okazuje się jednak, że nie idąc za trendami, a jedynie za własnymi potrzebami, gdy stawiamy koło siebie dwie rzeczy, totalnie w naszym guście – zawsze będą do siebie pasować. Nigdy chyba nie było u nas kupowania czegoś pod coś. Zawsze każdy przedmiot jest osobną jednostką, która potrafi się zakumplować z resztą i wygląda, jakby właśnie tak miało być i jak gdyby urodziły się razem.
M: Czego nie mogłoby zabraknąć w Twoim domu?
JR: Dziś już wiem, że tej dużej przestrzeni wspólnej. Połączenie kuchni, jadalni i salonu jest cudownym rozwiązaniem dla rodziny, która chce żyć razem. Mamy dom bardzo otwarty, jest u nas zawsze dużo gości, rodziny. Idealnie sprawdza się to rozłożenie. Widzimy dzieci, gadamy przy stole, ktoś robi pizzę przy blacie kuchennym. Nie mogłoby też zabraknąć drewnianych podłóg. I plakatów z sentencjami, które kocham, np. mojego ulubionego Myśliwskiego.
M: Kwiaty, motyle, rysunki przyrody – natura jest Wam wyjątkowo bliska?
JR: Zarówno ja, jak i mój Adaś urodziliśmy się i wychowaliśmy na wsi. Teraz też mieszkamy pod lasem. Myślę, że natura i jej odgłosy, zieleń za oknem to ukojenie dla człowieka. Odpoczynek. Kiedyś czytałam artykuł o tym, co daje długotrwałe szczęście. Podobno zamieszkanie blisko zieleni. Uważam, że dużo w tym prawdy.
M: Jak określiłabyś charakter i styl Twojego domu?
JR: Hmm… Czy da się go w ogóle określić jednym słowem czy konkretnym stylem? Trudno mi powiedzieć. Połączenie antyków z przestrzenią; drewna z dużą ilością szyb. Nie wiem, chyba się na architekturze nie znam na tyle, by móc to, co tutaj stworzyłam, nazwać jednym słowem.
M: Widzę wiele cudownych detali w domu, gdzie Ty to wszystko wyszukujesz?
JR: Rożnie. Są takie, które mamy z mężem od lat. Wiele z nich skupujemy na giełdach staroci, coś wynoszę z muzeum antyków mojego Taty. Coś dostajemy, przychodzi przypadkiem. Ale głównie jestem nastawiona na to, by być cierpliwą i odnaleźć właśnie to „coś” niż kupować na szybko byleby było i już stało.
M: Jakie masz priorytety w tworzeniu tego domu i przestrzenii?
JR: Aby nie robić nic wbrew nam. By wszystko, co się w nim pojawia, było jakby wyjęte z naszych marzeń aranżacyjnych. A przede wszystkim, by mieszkanie z tym wszystkim tutaj było jedną harmonią. Całością. Żeby wtopiło się w przestrzeń, jak gdyby od zawsze tu było…
A poza tym – klasyka. Klasyka sprawdza się zawsze i wszędzie. Klasyka nigdy nie męczy i mało kiedy się nudzi.
M: Czy te wnętrza to twój powrót do dzieciństwa?
JR: Całkowicie. Wychowałam się w drewnianym domu, pełnym staroci, bo Tata jest kolekcjonerem. A jako że było to wspaniałe dzieciństwo, to chciałabym, by nigdy się nie kończyło, choć drewniane ściany tego domu czuwają już nad snem moich dzieci…
pudło z ozdobami.


Zacznę od tego, że mnie chorować by się nie udało..
Z taką ilością życzeń od Was i dobrych słów byłoby to niemożliwe.
Spieszę też poinformować bo pytaliście, że jestem w domu, na pogotowiu byłam kilka godzin.
Nie myślałam, że postem w którym chciałam napisać anegdotę z Babcią na łóżku obok, tak bardzo Was zaniepokoję. To jest niezwykłe. Wy jesteście niezwykli.
Otóż jeszcze kilka badań, miesiąc leczenia, odpoczynku i będzie dobrze.
Musi być!
Kłaniam się nisko w podziękowaniu za Waszą troskę.
Są takie dni, które się z dzieciństwa pamięta najbardziej. I to każdy ten dzień rok po roku był taki sam.
Tylko nam dochodziło centymetrów, zmienialiśmy klasy, a rytuały domowe były niezmienne.
Że ze strychu znosiło się te pudła z bombkami, dekoracjami, lampkami.
Te słoje i misy się znosiło na stroiki. Tate po gałęzie się wysyłało.
Mama wtedy dywany na dwór do trzepania wynosiła.
Moja siostra takie piękne te stoiki robiła. Potem Mama tak ją chwaliła.
Ja najczęściej udawałam że coś robię, a się tak naprawdę kręciłam jak smród po gaciach.
(Tutaj moja siostra czytając to, kiwa zamaszyście głową na tak. Na pewno to robi!)
I rozciąganie tych lampek na cały pokój od kontaktu do telewizora żeby rozplątać.
Zawsze, co roku było tak samo!
Uczyłam się 4 lata w podstawówce gry na gitarze. Z nut.
Nie pamiętam dziś ani jednej nuty. Ani jednej.
Za to pamiętam każdy dzień strojenia choinki.
I w moim postrzeganiu świata takie dni kształtują człowieka.
Dlatego w sobotę sprzątałam od samego rana do nocy, aby w niedzielę zacząć stroić dom.
Wyciągnęłam dzieciom wszystkie ozdoby, dodatki, lampki, girlandy…
Chciałabym by pamiętały te dni tak jak ja tamte dwadzieścia parę lat temu…
I czy było wtedy idealnie? Nie, Mama jak każda Mama przed świętami nerwowa, prędka.
Ale było dla mnie tak, że czuję te dni w sobie, choć minęło tyle czasu.
Myślę, że takich dni nie zapomina się nigdy.
A potem powtarza się historia…
___________________________________________
Żaluzje bambusowe o które często pytacie to Nasze Domowe Pielesze.
Nasz kolor to Graham.
Mają ogromną ofertę zasłon okiennych wszelkiego rodzaju.
Fajne regały drabinowe.
Ale przede wszystkim to mają trzy dziewczyny.
Obsługa i jakość jest boska!!
Szybko, sprawnie, bez problemu.
Tak naprawdę się starają.
Ale zaraz po pytaniach o dom, najwięcej maili schodzi z pytaniami o moovera.
Jako, że nie ma go już w naszym kraju może jakieś dwa lata, to pytacie mnie, a wręcz prosicie bym odsprzedała Wam nasze zabawki z moovera.
One są nieodsprzedawalne! Bo dzieci bawią się nimi non stop. Bez względu na wiek.
I powiem Wam, że przez te dwa lata wyglądałam i zastanawiałam się Kto się skusi sprowadzić tę markę na nowo do Polski… bo zwyczajnie było mi żal. To dla mnie jedna z najlepszych dziecięcych marek robiących z drewna. Estetyka, kolorystyka, wzory… wszystko takie „moje”. Takie „po mojemu”.
Mieliśmy z tej marki wszystko, bo kiedyś sprowadzała to moja dobra znajoma.
Dlatego mogę Wam napisać co jest z tej marki warte uwagi. Choć słowo „warte uwagi” brzmi zbyt skromnie. Może bardziej, co serio warto mieć.
1.Dla chłopców auto drewniane które ma Benio na zdjęciach. Mamy trzy te auta. W domu, u Babci i kuzyn Benia też ma. To jest zabawka, która się nie nudzi i którą bawią się przez lata. Całe wakacje na podwórku Babci nimi przejeździli.. Choć już chłopy wielkie po 3 lata. Przewożą coś w schowkach. Potem myjemy koła i do domu bierzemy… Mamy wszystkie 3 kolory i każdy jest piękny.
2. Pchacz/chodzik. Nasz ma 5 lat. Dostaliśmy gdy Tosia miała rok. Jest na blogu nawet post z nim 🙂
Nadal działa i jest w super stanie. Też egzemplarze dwa, na dwa podwórka.
Ma służyć dziecku, które uczy się chodzić. A tym czasem u nas służy już 5 lat codziennie.
Niezliczona ilość pomysłów na niego.
3. Wóz preriowy. Też był u nas na blogu. Praktyczny. Wytrzymały.
No ja te zabawki uwielbiaaam!!
Mogłabym być ich importerem na Polskę. Ale nie jestem i jest Nim Todler.
Wszystkie zabawki są TUTAJ. A ja na święta mam dla Was kod z rabatem -15% na wszystkie zabawki mooovera. Hasło juliarozumek. Kod ważny do 22.12. Wszystkie paczki zamówione do 20.12 dają 100% gwarancję dostawy przed świętami.
Wycieraczki i słój z Rawa homepark, dla tych co posiadają instagram, zapraszam na ich profil, mają fajny konkurs z bonem na zakupy. TUTAJ. Trzeba wrzucić na instagram zdjęcie z przygotowaniem do świąt, oznaczyć Ich i można wygrać bon na zakupy w kwocie 500zł.
Oczywiście piękny zimowy jelonek od Mysi Ogonek. Mają już cudne nowe kalendarze na 2018.
Koce – IKEA/TKMAXX/H&M
Girlanda bałwanki, lampki choineczki – TKMAXX


