Wraz z początkiem wiosny pomalowaliśmy dom.
Po jedenastu latach. Szary nabrał czerni, a białemu nadaliśmy oliwkową barwę.
Zupełnie bez planu. Pewnego ranka wstałam i pomyślałam o malowaniu. Zaraz potem wyruszyłam po wiadra z farbą.
Miałam ogromną potrzebę fizycznej pracy. I nie tej codziennej, a takiej po której czujesz jak pulsują ze zmęczenia nogi.
I nie rozchodziło się o pulsowanie po treningu czy jeździe na rowerze. Chciałam pracy. Takiej, po której świadomość sprawczości i obraz efektu wypełnia Cię po brzegi. Który odgania każdą myśl i egzystencjonalny, powszechny ból towarzyszący ludziom naszych czasów. Pracy, która spaja człowieka z jego pierwotną naturą.
Trudno było o lepszą pogodę. Na ramionach od słońca rozkwitały piegi. A ściany nabierały zaplanowanej barwy.
Nie. Nie słuchałam podczas malowania audiobooków ani podcastów. Nie słuchałam wywiadów, muzyki. Zostawiałam telefon w domu i wychodziłam.
Słuchałam za to ptaków. Mój Ty Panie! Jakże one mi śpiewały. Różnorodnie. I na zmianę. Czasami tak pięknie, że przestawałam machać pędzlem i poświęcałam całą swą uwagę temu ćwierkaniu, gruchaniu, świergotaniu. Trudno mi było uwierzyć, że jest w życiu człowieka czas, w którym nie poświęca temu swojej uwagi.
Na szczycie domu, codziennie swój recital prezentuje kos. Przystaje wówczas tam, skąd widać go najlepiej. I oprócz wysłuchania patrzę na niego wnikliwie. Bilety są za darmo. Jednak trudno dziś ludziom o dostępność miejsca na widowni, gdyż są droższe niż pieniądze. Trzeba płacić swoim czasem i uwagą. Ludzie czasu mają teraz mało, a uwagę gdzie indziej.
Najlepiej było, gdy malowaliśmy obok siebie. Choć malowanie było moim pomysłem, On zostawiał wszystko i malował ze mną. Świetny z nas duet. Rozdzielaliśmy zadania bez słów.
Gawędziliśmy, opowiadaliśmy, dowcipkowaliśmy. Robiliśmy przerwy na kawki.
Miałam wrażenie, że tacy brudni i zmęczeni czuliśmy najprawdziwsze szczęście.
Szliśmy jak burza. Takie mamy charaktery. Harpagany do roboty. Zadaniowcy.
Od świtu do nocy.
A gdy przyszło mi się w nocy przełożyć z boku na bok, to jakby ciało z ołowiu, tak ciężko.
Rankiem siadałam na łóżku, patrzyłam na wschód i cieszyłam się na kolejny dzień pracy.
Opowiadałam Mu wszystko co mi wlatywało do głowy, gdy tak razem robiliśmy te robotę.
A, że On uwielbia jak ja gadam, to gadam Mu zawsze bardzo dużo.
Przypomniało mi się na przykład piękne zdanie, że „szczęście to jest to, jak czujemy się sami ze sobą”. Powiedział je muzyk z zespołu Nirvana, gdy Marcin Prokop zapytał go o samobójstwo Kurta Cobaina. O fakt, że miał wszystko, a było mu tak źle iż postanowił zniknąć.
Przypomniała mi się wówczas moja młodość. Pozbawiona kompleksów.
Pamiętam jak siedziałam na Krakowskim rynku w swoich fioletowych dzwonach, jak tańczyłam na dyskotekach, jak jeździłam po zlotach motocyklowych.
Szłam w tych swoich spodniach skórzanych z poprzypinanymi z boku znaczkami zlotowymi i czułam się najszczęśliwsza na świecie. Prawdziwa, spełniona, kompletna.
I choć było tam zapewne mnóstwo kobiet piękniejszych, szczuplejszych, mądrzejszych, bogatszych, ja czułam się jak królowa swojego życia. Bo miałam przecież do dyspozycji swoje życie, dlaczego zatem mieliby nim zarządzać monarchowie innych cech, wartości czy zasobów.
Nie pamiętam aby choć na moment zepsuł mi humor mój brzuch, który dzielił się na trzy wałki. Wypływające z biodrówek boczki. Nie czułam zawstydzenia, gdy ktoś głupio żartował.
Honor i godność nigdy nie stawiały mnie w miejscach, w których chciałabym walczyć o uwagę. Uwagę skupiałam na swojej pasji, swojej bystrości, wygadaniu. Mogli mnie lubić lub być mną zirytowani. Zostawiałam to im i nie wnikałam. A mimo tego, życie moje było przepełnione fantastycznymi ludźmi i miłością do siebie.
Znałam swoją wartość. Czułam szczęście.
Dziś, kiedy czasami tracę uważność na to, jak czuje się sama ze sobą, przypominam sobie tę dziewczynę, która idzie po zlocie motocyklowym w tej skórzanej kurtce i marzy mi się aby każda młoda osoba (jak i bardziej posunięta w wieku) tak odnajdywała się w sobie.
Do malowania płotu wzięłam dzieci. Tosia malowała zakamarki, bo rękę ma dobrą na manualne potrzeby, a Benio tam, gdzie szybko nerwów stracić się nie da. Ale i tak tracił.
Może właśnie dlatego, że jak już pracuje to całym sobą.
Po kilku godzinach malowania w pełnym słońcu, usiadł na schodach. W cieniu. Wiatr taki jakbyśmy malowali nadmorski kurort, a nie dom w środku śląska. I w tym wietrze mówi do mnie…
– Jak mi dobrze! Jak przyjemnie!
– Czujesz szczęście?
– Ogromne!
Patrzę na Niego, a na tych schodach telefon, który leżał tam od tych kilku godzin. Leży, a On ani myśli brać go do ręki. Widzę jak czerpie przyjemność z odpoczynku. Z nic nie robienia. Siedzi i się nie rusza. Oczy przymknięte. Loki dookoła twarzy Mu tańczą.
– Widzisz Synku, kiedyś tak wyglądało życie. Człowiek tyle miał radości z tego, że usiadł. Że w cieniu. Że wiatr go chłodzi. A dziś tyle mamy, tak nam wygodnie, że już nie wiadomo gdzie sięgać żeby szczęście poczuć.
– O tak. – przytaknął.
– A co czujesz jeszcze?
– Dumę! – i widzę jak otwiera trochę oczy i zerka na to co pomalowane.
Wtedy dociera do mnie, że ten mocny wysiłek, w tym kwietniowym, zaskakującym upale daje poczucie prawdziwego szczęścia nie tylko mnie. Że to nie jest tandetna dopamina, tylko najwyższy sort serotoniny.
W tym malowaniu wiele mi się przypominało.
Jak byliśmy z Adasiem na Cyprze i mam taki filmik nawet. Czytam na plaży książkę pt. „Tully”, a tam taki rozdział „Malowanie domu”. Co chwila mi przed oczami ta strona na wietrze się miota. Na leżaku, poprószona piachem.
Albo jak jestem mała, a dookoła domu rusztowanie rozstawione i chłopy malują nasz dom.
Na kremowo i z bordowymi dodatkami. Jest pełne lato. Mama wynosi Im kompot na taras, a zaraz potem pierogi. Z jagodami, serem, truskawkami. Polane masełkiem z bułką tartą i śmietaną. Chłopy kroją te pierogi na pół łyżką od zupy i na dwa razy zjadają. Chwilę opierają głowy o ścianę za krzesłami, wyjadają owoce z kompotu. Plują pestkami, a potem zbierają się do roboty. Razem z tym obrazkiem wspomnień czuje całą błogość i bezpieczeństwo jakie towarzyszyło mi w dzieciństwie.
Wstając tego pewnego dnia z pomysłem malowania naszego domu, nie myślałam, że patrząc na swojego męża, który miesza obok mnie farbę, będzie towarzyszyło mi to samo, pełne spokoju i spełnienia uczucie…
Malowanie domu, to bardzo istotna część życia. Warto się zaangażować.
… jeszcze zanim kupi się farby …
bez tego, ciężko potem o kolor, który dałby zadowolenie.
Wymarzony kolor domu, to te owoce w kompocie, to ta wspólna przerwa na kawę…
po pierwsze – sen



Priorytetem dla mnie jest sen.
Mogę spać gdziekolwiek mnie położą i zasypiam w momencie.
Gaszę lampkę nocną i zanim odłożę rękę, to już śpię.
Priorytetem jest „nie myśleć”. Jak myśli nadchodzą, to je odganiam. Mówię do nich – idźcie sobie, bo ja teraz śpię. Jutro Was przemyślę. Najgorzej się w te myśli zapędzić, to potem już głowa na pełnych obrotach i nie ma powrotu.
Ważny jest też moment, w którym idę spać. Nie można przegapić pierwszych chwil bycia śpiącym. Jak mnie morzy, to zasypiam. I już jestem do tego przygotowana. Dom ogarnięty, ja w piżamach.
Dlatego też nie ma na tym świecie imprez dla których poświęciłaby przespaną noc.
Zatem ostatnią imprezę jaką organizowałam u nas w domu, zaplanowałam na godzinę 15-tą.
Wszyscy byli zszokowani i nieco sceptyczni. Tylko maniacy i wyznawcy wczesnej pory spania ucieszyli się niezmiernie.
Następnego dnia każdy „zwrócił honor”. No bo czy imprezujemy od 15-ej do 24-ej czy też od 20-ej do 5-ej, to czas ten sam. Co miał kto wytańczyć, pogadać czy zrobić co tam zrobić chciał, to zdążył tak samo. A niedziela jaka wspaniała! Każdy wyspany, wypoczęty. Dzień do przeżycia, a nie do dogorywania. Zatem pomysł ten przeszedł egzamin i w takiej formie zostaje.
Zatem będąc wciąż w temacie priorytetowego snu, czasami myślę sobie o tych, co nie mogą zasnąć, albo co śpią snem niespokojnym.
Zdażyło mi się kilka razy w życiu, może pięć, przekładać z boku na bok i czekać na sen. Męczyć się okrutnie. Wkurzać. Choć wiem, że owe wkurzanie pogłębia problem. Zapalałam lampkę i czytałam. Albo szłam coś robić żeby się wyciszyć zamiast napędzać.
Pierwszy raz kiedy pomyślałam o kołdrze obciążeniowej był sen mojego syna.
Zasypia jak ja. W momencie. Budzi się natomiast w nocy i przychodzi do nas. Uwielbiam to i nie mam z tym problemu, ale urywany sen nie jest już tą samą regeneracją organizmu.
Później pomyślałam też o mojej córce, bo jest nocnym markiem i rano nie mogła się zebrać.
I o Mamie, bo ma zespół niespokojnych nóg. I o siostrze, bo ma sen nienależyty.
Zanim zgłębiłam temat, to mocno przemawiało do mnie intuicyjnie, bo przecież dotyk drugiego człowieka, sen obok kogoś, ciasne otulanie małych dzieci, i w końcu nasz początek, który sięga tego jak czuliśmy się w brzuchu – mocno otuleni.
Pomyślałam sobie, że kołdra obciążeniowa to wszystko może dać. No może nie wszystko, ale jakąś namiastkę, dodatek, pomoc w tym temacie.
A tym bardziej w czasach niespokojnych, pełnych dźwięków, szumu, bodźców, pośpiechu…
Mnogości i szybkości…
W czasach, w których nie potrafimy się zatrzymać na długich wakacjach, a co dopiero na krótką chwilę przed snem, aby się ukoić i do snu przygotować…
Kołdry chciałam kupić przede wszystkim dla dzieci i kiedy napisałam do firmy, którą wybrałam spośród wielu z zapytaniem, okazało się, że właścicielka jest moją czytelniczką i z wielką ochotą chciała nam je podarować. To są takie miłe momenty, bo ja zawsze czuje to jako piękną wymianę ludzkich prac, a nie reklamę. Tym bardziej, że już dawno odeszłam od świata blogowych reklam. A kołdry chciałam zakupić sama.
Zacznę od dzieci, bo one są najprawdziwszą i najszczerszą oceną obdarzone.
Tosia zaczęła zasypiać wcześniej. Najbardziej lubi fakt tego otulenia całego ciała i kołdry, która nie odkrywa pleców podczas przekładania się na boki.
Polubiła ją do tego stopnia, że chciała zabrać ze sobą na zimowy obóz.
Benio budzi się o wiele rzadziej, śpi spokojniej. Jest dzieckiem, które uwielbia być blisko i czuć dotyk bliskich więc czuje się pod nią dobrze i bezpiecznie.
Ja z Adasiem zmieniliśmy sobie poszewki na letnie. Zamówiłam te zimowe i ciepłe. Są bardzo miłe i miękkie w dotyku, ale wolimy cieńsze. Zatem na tę wiosnę i nadchodzące lato polecam Wam wybrać cieńsze poszewki. Chyba, że uwielbiacie ciepełko i macie w sypialni chłodniejszą temperaturę.
Kołdry obciążeniowe opisują jako te, które pozwalają pozbyć się lęków i stresu.
Kołdry jak wszystko na tym świecie dla jednych mogą zdziałać cuda, a dla innych nie ofiarować żadnych dogodności, dlatego, uważam możliwość przetestowania za strzał w dziesiątkę.
Firma oferuje 100 dni na przetestowanie produktu. Jeśli sen się nie poprawi, oddają całą kwotę wydaną na zakup. Lubię tę możliwość, bo ona już przed zakupem mówi o tym, jak producent jest pewny za swój wyrób.
Mam dla Was bon rabatowy na 10% z hasłem WIOSNA10 i działa do końca marca.
Na stronie też znajdziecie rabat – 12% na model Basic.
Oraz coś jeszcze – KONKURS, w którym do wygrania jest kołdra i opaska na oczy.
Opaska jest również obciążeniowa i pozwala pozbyć się bóli głowy, działa kojąco na migreny.
Wystarczy zostawić w komentarzu, tutaj na blogu, wpis z odpowiedzią na pytanie – dlaczego potrzebujesz kołdry albo opaski? W czym mogłaby Ci dopomóc? Jaki widzisz w niej potencjał? Czym mogłaby się przysłużyć?
Konkurs potrwa do końca marca i wtedy też ogłoszę tutaj wyniki (31.03.2025)
Kołdra dla zwycięzcy zostanie indywidualnie dobrana pod potrzeby wagowe.
Zapraszam Was na stronę producenta tego dobrodziejstwa priorytetowego snu
– Gravity Blankets
Gadam wieczornie z moją siostrą przez telefon, jak każdego dnia i Ona opowiada mi…
„No i tak chrapał, że sobie myślę – pójdę do innego pokoju, bo przecież szturcham Go i szturcham i nic. Ale potem sobie przypomniałam, że miałabym ze sobą targać te kołdrę i zostałam.”
Także moi Kochani, okazuje się, że kołdra może niwelować nawet mężowe chrapanie, bo wolisz zostać pod kołdrą niż spać w ciszy. 😉
Moi Kochani,
Zwyciężczynię opaski na oczy wybrałam ja i jest Nią MagdaTe.
Gratuluję 🙂
Zwyciężczynię kołdry wybrała firma Gravity, ja nigdy nie potrafię się zdecydować i poprosiłam o pomoc.
A w zasadzie zwycięzców dwóch kołder…
Choć w sumie trzech 🙂
Takie konkursy marzą się każdemu 🙂
Zwyciężczynie to:
Kasia (Od lat zbieram na siebie różne rzeczy…)
Jola (A ja myślę o kołdrze dla mojej córci…)
Oraz trzecia kołdra leci do…
Magdy, która kołdrę chciała dać do hospicjum.
Proszę Was bardzo o adresy do wysyłek na mój adres mailowy julia.rozumek@gmail.com oraz o wagę osoby, która będzie użytkować.
Wiadomości przekieruję do Gravity.
Dziękuję Wam pięknie za ten czas i zaangażowanie.














książki 2024


W 2024 roku przeczytałam 49 książek. Wybrałam 26 najlepszych. To był dobry rok, bo wiele z nich okazało się trafione. Nie pokazuję Wam tytułów, które czytałam, a nie zapadły w mym sercu i pamięci, bo obawiam się, że moja ocena może Kogoś zrazić, a ta książka mogłaby stać się Waszą akurat ulubioną. Dlatego pozwalam sobie pokazać tylko te, które czytało mi się bardzo dobrze. Które mnie wzruszyły, rozbawiły, zauroczyły, zasmuciły… Które przede wszystkim nawet po przeczytaniu, nosiłam w sobie. Tematyka mocno rozrzucona.
Zacznę od lewego dołu…
Osiecka. Tego o mnie nie wiecie.
Mam. I leżała na stosie do przeczytania. Ale kiedyś, jadąc autem, puściłam sobie audiobook.
Ja audiobooków słuchać nie potrafię, bo odpływam myślami. Ale tej słuchało się wyjątkowo.
Kiedy wciągnęłam tę pozycję z półki, usiadłam i zaczęłam czytać, okazało się, że czyta się równie rewelacyjnie. Nawet trochę żałowałam, że ją wysłuchałam zamiast przeczytać.
Świetne wypowiedzi ludzi będących blisko z Osiecką. I te wypowiedzi z różnych perspektyw. Niektóre tłumaczące, inne odrobine oskarżające. Jedna łagodne, kolejne surowe.
Myślę, że jeśli Ktoś chciałby dobrze poznać tę postać, albo wręcz przeciwnie, postawić sobie jeszcze więcej niewiadomych przy tej poetce to pozycja idealna.
Książka fantastyczna.
Dezorientacje. Biografia Marii Konopnickiej.
Naprawdę dobrze się czytało. Mnóstwo szczegółów. Pięknie poprowadzone „niewidome” czy „przypuszczenia” przez autorkę. Dobrze miesza opisywanie faktów i formę obyczajową.
Myślę, że nawet jeśli czytelnik nie jest fanem Marii Konoponickiej, to z wielką przyjemnością śledzi się Jej losy. Losy bohatera tamtych czasów.
Chłopki
To druga książka, która wysłuchałam. Zaczęłam czytać na papierze, ale miałam dłuższą trasę autem i wyszukałam audiobooka. I tak ten audiobook został ze mną już do końca. A, że czyta go Maria Peszek to słuchało się znakomicie.
Bolesna, prawdziwa, odkrywająca tak trudny los kobiet.
Moja Mama czytając takie książki, zawsze mówi, że dziwi się po co Ci ludzie wtedy żyli. Że to życie było karą. Myślę, że pozycja obowiązkowa. Ja, jako miłośniczka dawnej wsi polskiej i historii z tym związanej wiedziałam już wiele, ale na pewno dużo jeszcze się z niej dowiedziałam. Lub upewniłam. Myślę, że każdy człowiek powinien ją przeczytać w ramach poznania perspektywy jak różne może być życie. To bardzo ważna książka.
Medea z Wyspy Wisielców
Ach! Czytało się suuper. Biegło się oczami po opowieści. Ciekawa, intrygująca, dobrze napisana. Świetna pozycja. To taki rodzaj książki, której nie chce się odkładać. Do której się tęskni w myślach podczas wykonywania obowiązków domowo – pracowych. Bardzo polecam.
Drugi, mega wyczekiwany przeze mnie tom doczytałam do połowy, bo trochę mi się rozwlekał. Ale wiem, że niektórzy są kolejnymi częściami równie zachwyceni więc czytajcie.
Zapomniane niedziele.
Na książki Valerie Perrin czeka się jak na najbardziej wyczekane święto, jak na coś, na co warto czekać długo, wytrwale i nieustannie.
Ta pozycja zajęła drugie miejsce po „Życiu Violette”. Podobała mi się bardziej niż „Cudowne Lata”. Choć trzeba zaznaczyć, że wszystkie Jej książki są wyśmienite. Zjawiskowe.
Ale w tych zjawiskach są też miejsca. „Zapomniane niedziele” były wzruszające, bawiące, rozczulające, smutne. I jak zawsze z wątkiem zagadkowym. Kocham nad życie pióro tej autorki i z każdą kolejną książką się to nie zmienia.
Pachinko
Jeśli kochacie sagi rodzinne, ale polskie wyczytaliście już wszystkie, albo wiele i chcecie sobie odmienić, to polecam „Pachinko”.
Ja nie przepadam za Azjatyckimi autorami, ale ta mi się naprawdę podoba. Jest chyba mocno zbliżona do naszych europejskich narracji. Można pogłębić swoją wiedzę na temat tego, jak wyglądało życie podczas drugiej wojny światowej po tej drugiej stronie świata.
Czytało się bardzo dobrze i historia płynęła ciekawie. Warta przeczytania.
Doktórka od familoków
Dobra pozycja. Na faktach. Jakże rewelacyjnie, że udało się ją światu spisać i pokazać.
Opowieść jest obyczajowa. Nie jest to forma reportażu, a opowieści.
O zakłamanym świecie zysków i dobrych jednostkach, które choć nie uratują świata, potrafią uratować wiele pojedyńczych istnień.
Śląsk. Lata 80. I to jak ukrywany jest przed nami system, który nas zabija.
Dobrze znać taką historię. Mocno polecam.
Kiedy weszłam w Twoje życie.
Z Jojo Moyes jest tak, że to książki idealne na odpoczynek umysłowy. Ma te książki lepsze i gorsze. Historie banalne, oczywiste. Nie rozwijają naszego umysłu, ale dają mu wypoczynek.
Zwalniają z myślenia. A to też ważne. I przy niej sobie odpoczęłam.
Saga o ludziach ziemi.
Jeśli miałabym wymienić trzy najlesze pozycje książkowe w moim życiu, to Saga o Ludziach Ziemi byłaby w tym zestawieniu. A w tym roku był trzeci tom tej powieści. Dlatego musiałam go tutaj dołożyć aby móc przypomnieć Wam o niej raz jeszcze. To mój ulubiony rodzaj powieści.
Kołysanka
Myślę, że to wielka strata dla polskiej kinematografii, że nikt nie nagrał jeszcze historii Guido Donnersmarcka i Karola Goduli. Co to są za opowieści! Co za postacie!
Nawet najgęstsze z wymyślonych filmów nie mają aż tylu smaczków, zwrotów akcji.
No przecież to gotowe scenariusze na hity! Może się doczekamy…
Zatem wzięłam do ręki tę książkę, bo miała w sobie wątek historyczny Goduli.
A poza tym już dawno chciałam trochę wczytać się w książki kryminalne i zobaczyć, co ludzi tam tak wciąga… Czytało się dobrze, z ciekawością. Choć na początku musiałam się skupiać aby połapać wątek, tak dalsza część zrekompensowała wszystko. Wciągnęła.
Ciekawa odmiana. Polecam.
Tam, gdzie słońce złoci liście.
O ciekawa była. Lubię, gdy historia jest oryginalna. Lubię, gdy główna bohaterka to dziewczynka i jest pokazane Jej życie od narodzin. Zatem schemat mój ulubiony, ale historia fajnie poprowadzona. Jeśli Komuś podobały się „Tam, gdzie śpiewają raki” lub „Wielka samotność” to będzie pewnie zadowolony i z tej.
Czartoryska
Super! Uwielbiam tak przedstawioną historię.
Autorka robi to tak, że nie da się oderwać od książki, a przy tym pokazuję historię rodu od strony kobiety. Szczegółowa, ludzka, dramatyczna i zatrważająca. Warto pod każdym względem.
Alchemia
Każdą książkę Zyskowskiej czytam. Czytam i z niecierpliwością na nie czekam.
Kocham „Historię złych uczynków” czy „Nocami krzyczą sarny”. Mistrzostwo.
Książka o Baczyńskim mi akurat nie podeszła, także obawiałam się tej o Skłodowskiej, ale jest rewelacyjna. Piękna!
Saga Dwieście Wiosen
Ach! Podobała mi się baaardzo! Bo to mój ulubiony rodzaj książek/historii. Dwieście lat historii Polskiej wsi i Jej mieszkańców. Zawiłości losu, trudy ale i zwykłe zwycięstwa dnia codziennego. Pięknie wymyśleni bohaterowie. Cudna.
Ja zawsze proponuję kupić jeden tom i sprawdzić czy Wam też wpadła w czytelnicze gusta.
Kobiety z Czerwonych Bagien
Tę oczywiście odnalazłam i przeczytałam, bo to ta sama autorka. I podobała mi się równie mocno. No co mam napisać… No mój typ.
Był sobie chłopczyk
To reportaż. Pamiętacie sprawę znalezienia ciała dwuletniego chłopca w jeziorze w Cieszynie? To właśnie ta sprawa.
Reportaż opowiada całą historię rodziny i zdarzeń, które do tego doprowadziły.
Przerażająca ale i i pokazująca jak żyją ludzie. Myślę, że takich historii wszędzie dookoła jest mnóstwo. Takich patologii, których nikt nie zgłasza. Nikt nie reaguje. A z tych patologii rodzą się kolejne i kolejne. Tam nie ma ucieczki.
Tajni Dyrygenci Chmur
Kiedyś czytałam tej autorki książkę „Guguły”. Może z 8 lat temu. A pamiętam dobrze, bo tak mi się podobała. Kiedy zobaczyłam tę, od razu kupiłam. I podobała mi się tak samo. Podobała mi się wyjątkowo. Wzrusza i rozczula. Wciąga nas w lata naszego dzieciństwa, naszego wieku dorastania. Taka piękna….
Podczas czytania robiłam zdjęcia stron, zdań i wysyłałam mojej siostrze. Bo chciałam się natychmiast podzielić tym co mnie zachwyciło.
Wilcza rzeka
To książka tej samej autorki. Podoba mi się jej język, sposób przedstawiania zaobserwowanej rzeczywistości. Jednak ta dotyka Jej emigracji, pandemii, męża z problemami, miłości, córki… To życie dorosłe. Niełatwe.
Zresztą wszystkie książki Wioletty to Jej życie. Nie są fikcją a spisaną własną historią.
Kończy się czas
Sarrah Crossman to moja ukochana autorka. Kocham nad życie Jej książki i sposób w jaki je pisze. Każdą jej książkę chcę połknąć, a z drugiej strony chce mi się wyć, że już, że koniec.
Jak tylko zobaczyłam, że jest nowa, po tym, gdy wyczytałam wszystko, zwariowałam z radości i przeczytałam jak w transie. Ona jest dla mnie zjawiskowa.
Strużki
Piękna, trudna, zwyczajna, zastanawiająca. W swej małej formie zawiera tak dużo.
To dobra pozycja książkowa. Taka, po której się myśli i myśli..
Lubię, gdy pomiędzy sagami, grubymi książkami, wpadają mi w ręce te drobne, małe książeczki, które niosą dużą treść.
West Farragut Avenue
Jakże ja się cieszę, że Agnieszka Jelonek pisze książki. Miała takiego rewelacyjnego bloga „tylko spokojnie”, kiedy i ja zaczynałam blogowanie. Aga pisze serio dobrze.
Robi to tak do szpiku kości. że się tam każde słowo i zdanie czuje na wskroś.
Wczoraj kupiłam swoją ulubioną gazetę „pismo” i patrzę, a do niej pisze właśnie Aga. Bardzo cieszą mnie takie talenty w świecie, gdzie na pierwszym miejscu jest słowo.
Jestem głód
To książka po którą sięgnęłam po przerażającej pozycji „Wrony”. Petra potrafi pisać tak, że chce się czasami przy tym czytaniu zwinąć w kłębek i odłączyć. To ważne tematy. I potrafi nimi we właściwy sposób dotknąć. Podobała mi się oczywiście bardzo, ale „Wrony” zapamiętam na zawsze.
