Kilka dni temu, moja przyjaciółka przysłała mi zdjęcie, które swojego czasu dość często pojawiało się w internecie.
Na tym zdjęciu – ulica. Taka w mieście. Może między blokami. Zaparkowane z jednej strony auta.
Zima. Pełno udeptanego już śniegu. Widać też, że zamienił się przez mróz w lekką ślizgawkę. Na tej fotografii idą dwie dziewczyny. Szpileczki, krótkie spodenki, cieliste, cienkie rajstopy, albo ich całkowity brak. Trudno się dopatrzeć. Naiwna nadzieja podpowiada mi, że są. Głowy bez czapek, dłonie bez rękawiczek. Jedynie jakieś kurtki. Ale stanowczo za krótkie jak na tę pogodę.
Z ust jednej z nich dorysowany dymek. A w nim „mówiłam – weź szalik, to nie.”
I jak samo zdjęcie ani piękne, ani wyjątkowe nie jest, tak uruchomiło w naszych głowach lawinę wspomnień.. Bo Kamila przesłała je z myślą o mnie.
A to miałam za krótką kurtkę w której chodziłam całą zimę. Ale akurat była tą wymarzoną, kupioną w New Yorkerze. Pamiętam dokładnie ten dzień. Jak idę, gdzie wisi, jak ją mierzę.
A to wracałam na motocyklu zziębnięta w nocy, bo modne były spodnie biodrówki i jeansowe króciutkie kurteczki..
„Zobaczysz dziecko, będziesz na starość płakać” , „Nerki Ci kiedyś pokażą”, „Zobaczysz na stare lata z tymi kolanami”..
Koło się zazębia. Te same słowa padają z mych ust. Do dzieci, siostrzenic…
Płaszcz mam długi i czapka największym moim przyjacielem. Pod jeansami wysokimi, wysokie rajstopy gdy na wieczorny spacer idę… Wszystko zatacza pewien krąg. To co było kiedyś nam zupełnie obcym rozumowaniem świata, dziś staje się jedyną i słuszną prawdą.
Ale…
Patrząc na to zdjęcie pomyślałyśmy z Kamilą jak to było dobrze, pomimo, że człowiek zmarzł.
Tak się wyszykować i lecieć. Żeby być super.
Niezależnie od pory roku a od natchnienia, aktualnej fascynacji danym ciuchem, czy nowym zakupem.
Świat przybierał zupełnie inne wartości.
W głowie jedna myśl, czy ten, który aktualnie nam się podoba i w sercu naszym się kokosi, będzie obecny.
Wypatrywanie, czekanie.
I nawet gdy się nocą wracało, choć zęby z zimna latały, nikt mrozu dotkliwie nie czuł.
Były za to opowieści, wzdychanie, wspominki, marzenia..
I na tym chodniku pełnym mrozu i zimy, nie raz się jeszcze, wciąż słysząc muzykę w uszach – tańczyło.
Wspominało coś już któryś z kolei raz i wywoływało to ten sam chichot, czy donośny śmiech..
Dusza młodego człowieka żyje zupełnie inną strawą.
Padało się na łóżko po powrocie niczym kłoda. Śpiąca i zmęczona. I choć się chciało przed snem jeszcze kilka myśli w głowie i wyobraźni złożyć, zasypiał człowiek natychmiast.
Rankiem budził się w pokoju, który Mamy nazywały „jak Ty dziecko potrafisz żyć w takim bałaganie”.
A to nie był bałagan, to był wieczór pełen ekscytacji w oczekiwaniu na dyskotekę, zabawę, imprezę…
Dziesiątki zmienionych strojów, i tych pożyczonych z koleżanką, które po przymiarkach lądowały na łóżku, krześle, biurku i podłodze…
I ta głowa, głowa młodego człowieka w taki wieczór… Wolna od trosk. Głowa, którą nazwałyśmy z Kamilą „wyszykować się i lecieć”…
Dziś, będąc dorosłą kobietą. Odpowiedzialną za dom, dzieci…
Dziś, kiedy mogę wyjść. Kiedy mogę dnia następnego odespać. Dziś kiedy miałabym czas przymierzyć czternaście stylizacji i rozrzucić je w garderobie..
Dziś… Wychodząc idę przymierzyć góra dwie i wychodzę w wygodniejszej. Tę której nie zakładam odkładam na miejsce. Wtedy lepiej się bawię. Kiedy wiem, że tam zostawiłam porządek.
Przed wyjściem sprawdzam dwa razy czy naszykowałam dzieciom świeże piżamy i czy mają na kolację wszystko co lubią. Na szybko lecę rozwiesić pranie, wtedy lepiej się bawię gdy wiem, że rozwiesiłam do porządku, a nie zrobił tego mąż, który rozrzuca pranie po suszarce.
Schowam do plecaka parasolkę, bo może padać. Rękawiczki grube i gruby szal. Na wszelki wypadek wkładam golf, gdyby okazało się, że ubrałam się za zimno.
Wychodząc pocałuję dzieci cztery razy. Poprzytulam zapewniając, że przecież zaraz wrócę.
Potem jeszcze z chodnika przy drzwiach wyjściowych sięgnę rurę odkurzacza aby odkurzyć piach i ziemię którą naniosłam butami. Żeby nie roznosili dalej. Bo w nocy jak wrócę to mnie to wkurzy.
Kiedy zamykam już za sobą drzwi, moja głowa rysuje mi obrazy – „Boże, a jak nie wrócę i coś mi się stanie. Wypadek samochodowy. A ja im powiedziałam, że zaraz wrócę. Przecież tak mówią wszyscy, którzy potem nigdy nie powracają. Tylko policja w nocy przyjeżdża to oznajmić. Że ten i ten nie wróci. Może nie powinnam wychodzić… Rany, a ja dziś za mało okazałam miłości Tosi. Może powinnam Jej więcej razy poświęcić uwagę i czas. No bo gdybym nie wróciła, to już nigdy nie nadrobię…”
Naciągam czapkę na uczy, dopinam płaszcz pod szyją i idę do auta…
Włączam muzykę na całą głośność i już łapię ten luz…
Ale jeszcze piszę „pamiętaj, daj im jeść”.
No dobra, teraz już mogę się bawić!!
I ta zabawa trwa w najlepsze. Godzinę. Bo o dwudziestej trzeciej jestem już maksymalnie śpiąca i myślę o swojej kołdrze i może 20 stronach książki, która leży przy łóżku..
I rano wstanę wyspana, będziemy mogli coś porobić. Może pozbijamy skrzynki na warzywa.
Już nawet piję w wyobraźni poranną kawę.
Zdarzają się takie wyjścia. Może raz, dwa razy w roku, kiedy czuję się jakbym miała znów dziewiętnaście lat…
Z ostatnich wspominam dzień kobiet nad stawami, czy halloween z sąsiadami…
I wtedy człowiek dorosły pamięta je wyjątkowo, bo zwróciła się choć na chwilę ta wolność…
Wyszykować się i iść… i wrócić byle jak, byle kiedy. Niech się dzieje co chce.
Nie myśleć o bałaganie który został w domu, o obowiązkach które nadejdą jutro, o anginie przez ten brak szalika.. Nie mieć wyrzutów sumienia i nawet nie mieć zbyt dużej wiedzy na temat znaczenia tego zwrotu…
Mieć głowę pełną ekscytacji z dziejącej się właśnie chwili. Być teraz tutaj i nie myśleć o zmarzniętych stopach w zbyt cienkich skarpetkach jakie założyło się do butów H-D..
I choć działo się to dwadzieścia – piętnaście lat temu, chodzę jak ta stara ciotka dookoła nastoletnich moich siostrzenic, dopinając Im za cienkie kurtki, wciskając Im do rąk szaliki…
A przecież gdyby One były idealnie zapięte i miały wraz z sobą w plecakach parasolki i dodatkowe golfy to czy nie prysnąłby ten czar młodości? W której można wyszykować się i iść…?
Nie mieć tej umęczonej dorosłością głowy w zza krótkiej kurtce i conversach przy minus dziesięciu?
Dlatego przepraszam Was moje Kochane dziewczynki. Ale muszę Wam to mówić, bo i mnie mówili..
A dobre koleje losu trzeba pielęgnować.
Kornelko moja Najdroższa i Emilko Kochana moja, kiedy ciocia Wam założy zbyt ciepłą czapkę jak na młodość, weźcie. A kiedy znikniecie za rogiem, ściągnijcie i schowajcie w kieszeń. Ja tak robiłam.
samotność – listy od czytelniczek.
„Julio muszę Cię przeprosić. Muszę Ci się do czegoś przyznać. Głupio mi. Ale Ty to Ty. Ty chyba zrozumiesz. Przepraszam, bo przestałam Cię czytać. Przestałam zaglądać. Przestałam zachwycać się Twoimi zdjęciami. Przestałam czekać na każdy post.
I nie dlatego że przestałam Cię lubić. Albo wkurzały mnie reklamy.
Julio masz cudowna rodzinę. Jako ktoś kto nie ma właściwie nikogo, z każdym Twoim postem i zdjęciem łamało się moje serce. Wiesz. Kiedy wszyscy wokół zdecydowanie nie są samotni. Kiedy wszyscy planują śluby, wspólne mieszkania, dzieci, domy, życie, wydatki, wakacje. Wszystko Julka. A Ty jesteś sama. Całkiem sama. Zawsze sama. Wszędzie. Sama w tłumie. Sama w firmie która znasz od podszewki. Sama w rodzinie którą kochasz ale wśród tych wszystkich cudownych par jesteś jedyną osobą bez pary. Sama z każdą decyzja. Sama nocą w pustym łóżku. Sama na niedzielnym spacerze. Sama. Nie ważne co zrobisz. Nie ważne czy o siebie zadbasz czy nie. Sama nie ważne czy jesteś dla ludzi mila czy oschła. Sama nie ważne jak bardzo się starasz. I patrzysz na Twoje zdjęcia. Na Ciebie taka piękna i mądrą. Na Adama dbającego o Ciebie. Na Tosię i Benia. Nie chcę Ci zazdrościć. Ale nie potrafię na to patrzeć. Nie potrafię. Przepraszam. Wybacz mi Julio. „
To jeden z najpiękniejszych wirtualnych listów jaki dostałam.
Wiesz dlaczego?
Bo po pierwsze, daje mi wiarę w człowieka. Że nie jest on do końca obdarty z myślenia i zapatrzony w zaraz znikające migawki modnych aplikacji.
Przykładaj swoją miarę do obrazu jaki u mnie widzisz.
Napisałaś też, że wszyscy wokół zdecydowanie nie są samotni… Och moja Droga.. Nawet nie wiesz jaką samotność można mieć w sobie, mając mnóstwo ludzi wokół siebie.
Uwierz mi, odpisuję na dziesiątki maili tygodniowo. Do kobiet, które mają problemy.
Można mieć świat u stóp. W pracy wianuszek przyjaciółek, rodzinę fajną. A być niewyobrażalnie samotnym. Samotność to nie brak ludzi wokół. Samotność nosi się w sobie.
I jak kiedyś może faktycznie było to zjawisko gdy brakowało ludzi wokół, tak teraz jest to zawsze stan ducha. Takie okropne czasy. Można mając jedną przyjaciółkę nie być nawet przez moment samotnym.
Jak myślisz, czemu te wszystkie gwiazdy estrady i kina popełniają samobójstwa?
Przecież oni mają miliardy ludzi, którzy daliby się za nich pokroić… Oni zawsze umierają z samotności.
Jest coś co można mieć i nigdy nie być samotnym. Trzeba polubić siebie. I nie potrzebować nikogo by wierzyć w swoje możliwości czy wartości.
Wtedy obojętne kto przyjdzie, kto odejdzie.. Mając siebie i dobrze się ze sobą czując, nie jest się samotnym nigdy. A lubiąc siebie, świat będzie lgnął do Ciebie.
Nie, nie.. lubić siebie, to nie jest pięć selfi w ciągu dnia. Lubić siebie, to zrobić sobie kawę, postawić fotel przodem do okna, i siedzieć w ciszy i milczeniu. Patrzeć na drzewa, trawy, dach bloku obok..
Lubić siebie, to wtedy, gdy nie oceniasz swojej osoby opiniami innych ludzi o Tobie.
Nie, nie, również nie wtedy, gdy masz w nosie ocenę jednej pani, bo masz i tak tysiąc lajków przy swoim zdjęciu. Najczęściej im więcej lajków, tym większy brak akceptacji siebie.
Lubimy siebie bez lajków. Lubimy siebie, gdy obserwujemy ptaki na kablach między słupami i nie robimy temu zdjęcia. Obserwujemy dla siebie. Stąd nie mam instastories. Chce mieć chwile i życie dla siebie. Kolejna aplikacja kradnie mi te chwile.
Musisz znać swą wartość. Samotność nie jest brakiem ludzi i rodziny, samotność to stan umysłu.
Gdybyś usiadła obok i powiedziałabym Ci o swoich demonach, jak je wcześniej nazwałam, to byś powiedziała – a może wcale jej tak nie zazdroszczę…
Bo każdy z nas, czy z ludźmi obok czy bez, ma swoje troski i problemy.
I tak, z dobrym człowiekiem obok, jest łatwiej w życiu. Z dobrym mężem, sąsiadem, rodzeństwem..
Ale często tak jak i łatwiej, tak i trudniej. Nie jedna mężatka dzieciata powie Ci – daj mi dwa dni samotności. Nawet sporo Ci za to zapłaci.
Musisz porzucić samotność w swojej głowie, a wtedy odejdzie ona również w świecie poza nią.
Wyjdź. Zrób coś. Dla siebie. Nie dla ludzi i samotności. Polub czas ze sobą. Wtedy zobaczysz, że Ktoś będzie chciał ten Twój czas skraść dla siebie. Ludzie dziś mają deficyt fajnego czasu, choć wydaje im się, że są ciągle czymś kreatywnym zajęci..
co mi piszczy…
Można zapytać, co mi w telefonie piszczy, gdy Madzia pisze…
Ale gdy pisze, to jak wiadomości pt „co w trawie piszczy…”
A trawa u Madzi jest przepiękna.
„A Żuka takiego też mieliśmy. I w domu u mnie było czarne nowiuśkie volvo xc90. A z Tatą załadowaliśmy złom na żuka i pojechaliśmy wywieźć do Czerwionki. Idę do kasy odebrać całe 73zł za złom, a Pan na kasie mi mówi „Pani taka teraz licha cena, że niedługo i my i Wy będziemy musieli te interesy zwijać…”
Myślałam, że padnę, za złomiarzy nas wzięli, bo Tata w swoim waciaku w kolorze ecru z apaszką jakąś od Mamy, bo to listopad był i dmuchało jak pieron, więc wziął coś na kark, co by mu nie zawiało.
A tam mój kolega co autobusem razem jeździliśmy w takim pięknym wranglerze. Pyta się co u mnie, a ja nawet słowa nie umiałam powiedzieć jak kurna słyszał przy kasie, że „złom zbieramy”. Co za wstyd. :))”
„Tata mi mówi – Madzia, zobacz coś mi tu chyba ktoś pisze coś na ten telefon. Powiedz, co to mogą tak pisać przez telefon?
Otwieram skrzynkę – ilość wiadomości 1.
Taka wiadomość „Zarząd Koła Łowieckiego przypomina o terminie wykładania siana i marchwi w paśnikach i karmikach. Darz Bór”
Czytam Tacie o On – co za technika.”
„Oj Julia, co ja wczoraj porobiłam!
Sluchaj, koło południa byłam u kur. Pokarmiłam, pszenicy nasypałam i poszłam nalać wodę ze studni do beczki. Wygląda to tak, że takim szlauchem strażackim lejemy te 200 litrów więc wiesz, w mig się to napełni. Ale że mi ta chwilka jest za długą chwilą, to włożyłam ten szlauch i pojechałam do domu.
Potem koło 14 ej pojechałam po Lolkę i jadę z Mikołowa, koło Mamy widzę z podwórka rodziców woda się wylewa. Dzwonię do Mamy i mówię Jej – Mamuś, chyba dolewałaś wodę do ryb, bo wypływa na drogę.
Mama mi – o kurdę, tak, lecę wyłączyć.
A sama na śmierć zapomniałam, że na folwarku załączyłam te wodę. Mało tego, nawet jak widziałam tę wodę wylewającą się z podwórka rodziców, mi się o tym nie przypomniało.
Wieczorem koło 23 ej, mnie coś tknęło i mówię Jarkowi – kurdę tak sobie myślę, czy ja aby wodę w studni wyłączyłam. Jarek mi – a kiedy? w południe? nieee, no to na pewno już tam Twoja Mama była, albo Justyna dla koni nalewała. Więc mnie uspokoił.
Rano jadę do Mamy skubać gęsi, wychodzę z auta a Mama mi -fajnie, że mi zadzwoniłaś, bo ja zapomniałam.
a ja Jej – Mamo, a na folwarku wodę wyłączyłaś? Nieee? A Justyna?
No to pięknie. Setą do auta i na folwark. Tam oczywiście woda leciała od dwunastej, całą noc i ranek takim grubym strażackim wężem. Dwustuletnia studnia wypompowana. Masakra.
Wracam do Mamy i mówię – przecież Ty tam byłaś, Justyna…
A Mama na to – nie, nikt nie nalewał wody, bo Justynce powiedziałam, że Tata te wodę do ryb potrzebuje i ma na razie nie brać ze studni.
Ja pitole, Julka, wyobraź sobie, zakaz wybierania wody, nawet dla koni, a ja załączam o 12 ej w południe i o 8 ej rano wyłączam. Myślałam, że zawału dostanę. Tu będą jutro tony ryb do przechowania!
A Tata ze stoickim spokojem – będziemy liczyć na to, że ta woda z placu szybko wpłynie do tej studni.”
„No Lola jest bardzo grzeczna i pracowita. Od czwartej rano zasuwa dzisiaj. Najpierw jagody, potem plewiłyśmy w cebuli. Nazrywała ogórków i zakisiła je, a potem czyściła basen i skosiła cały ogród.
Bardzo bym chciała żeby te dzieci były dobre dla innych, prości i pracowici. To najważniejsze. Bo wiesz, praca fajnie kształtuje człowieka.
Teraz leży w wannie, a za pięć godzin jedzie zaś na jagody, bo lubi…
Ciężko mi to zrozumieć.”
(info od Julii: Lola ma 16 lat)
” Julia, czy Ty pytałaś już swoich czytelnikow co dla nich jest luksusem? Czy czym dla nich jest luksus?
Pytam, bo ostatnio myślałam, czytałam i widziałam. I czuję, że słowo luksus to znaczy przepaść.
Dla niektórych i dla mnie luksus to spokój, cisza i rodzina na trawie czy sprawnym rowerze… A dla innych to moda, kosmos, lans i głupota pociskana głupotą!
Zapytaj proszę kiedyś, bo wiesz chciałabym wiedzieć czy jest jeszcze coś po środku czy tylko te skrajności.
No czy większy luksus ma ten co siedzi na meblach najlepszej kolekcji, patrzy teraz na mecz na najnowszy full telewizor podpięty złotym kablem co by wizja i dźwięk były krystaliczne.
Czy ma się kurde bardziej luksusowo od tego co leży pod orzechem i słucha relacji meczu w charczącym radio i wyobraża sobie tylko jak nasi chłopcy teraz tyrają po boisku robiąc wszystko co mogą i popija to jakimś winkiem co ma przygotowane na wypadek wygranej, ale wypije za nich już teraz… To luksus i to luksus tylko w innym wymierza czy co?”
„Jak będziesz w okolicy to podjedź, bo mam nadmiar cebuli i sałaty. A jak masz chęć na ruch, to dziś będę plewić na polu koło 20 ej. To tak jakbyś chciała gdzieś do ludzi wyjść.”
„Julia, muszę Cię zabrać na fajne widowisko. Tata mówi, że na futersztele, tam gdzie dokarmia chlebem i pączkami, to przychodzą trzy lochy z młodymi pasiakami. Podobno widok cudowny!!!”
„Jak wróciłam od Ciebie i leciałam szybko do kur to stajenny jak zwykle mi z gnojoka woła – cudny ten maj.
A ja mu na to – mógłby ten maj trwać cały rok.
A On – gdyby nie było tego szarego, smutnego listopada to może ten maj nie byłby taki cudny…
Jaki mądry!! uwielbiam prostych ludzi. W nich największa mądrość.”
„Pamiętasz te stare wesela? Te krążące namioty. Cały tydzień to stawiali. Wiadomo było gdzie wesele będzie. A my w nich cały tydzień siedzieliśmy i patrzyliśmy.
Cudowny klimat i kilkanaście stołków pod gruszą było wystawionych i w stodole materace dla gości przyjezdnych. Na stole w zależności od kwiatów kwitnienia. Było w maju bzy, pelargonie. Potem jaśminy i tak do jesiennych nawłoci…”
„Dałam Omie cztery paragony, bo Ona uwielbia studiować paragony. A ja jutro szykuję gościnę, więc wiesz jak przed imprezą wyglądają paragony z Lidla i Biedronki. Będzie miała robotę na popołudnie.”
„Wiesz co, i my też nigdy nie byliśmy na wakacjach z rodzicami. Za dziecka raz jeden tak z siostrą płakałyśmy, że postanowili nas wziąć do Koszarawy nad rzekę, na dziko pod namiot. I uciechy, pakowania, pożyczania, bo my nic nie mieliśmy do tego i pojechaliśmy… Tata rozstawił namiot składający się z tysiąca rurek. Trwało to większą połowę dnia. I jak go postawił, to dziadek zadzwonił do Jeleśni na pocztę i kazał przekazać, że się krowa cieli.
A mieliśmy być całe trzy dni!!”
„Jadę na giełdę do Katowic, po jakieś nasionka dla nas i ptaków. Pytam się Omy czy coś potrzebuje, bo tam jest i niemiecka chemia i słodycze..
A Ona mi – a kup mi co, co tam mi kupisz to będę miała.
Cudowne jest to u starszych osób. To już jest wolność i prawdziwość absolutna!!
Jak Jej kupię czekoladę to będzie się cieszyła z czekolady. Jak kupię coś do prania firan, to będziem miała bielsze firany. Jest tyle powodów do radości codziennie!
Uwielbiam te zderzenie się tych światów. Młodych, rozpędzonych i starszych.
Ach, jak mnie to przywołuje do porządku i przemyśleń.”
„A poza tym u nas spokojna niedziela. Takie lenistwo. No oprócz akcji sztalowania stu pięćdziesięciu zegarków i zegraeczków Omy i szukania zębów, które straciły jej się po kościele i zapadły się pod ziemię!
I szukanie winnego. Kto mógłby być zainteresowany Omy zębami?
No i nie ma do teraz. Właśnie byłam u Niej, a Ona – Magdeczko, ale co Ty mi na te zęby powiesz i co wymyślisz?. Nosz, swoich nie oddam.
A wiesz, że wszystkich świętych za chwilę, a tu złota keta na szyi, kołnież z lisa, kolczyki takie depne a zębów nie ma! Tak mi powiedziała. I te kolczyki pokazuje, oczy smutne, a zębów nie ma.
Już nawet w spiżarce, w lodówce i w popielniku przy piecu patrzyłam, bo czasami zbiera patyki na placu i wkłada do popielnika. A w tym piecu nie paliła już 7 lat! No nie ma.
Już się poddałam, ale od jutra rana zaś będzie akcja zęby.
Z zębami jeszcze nie koniec jednak na dziś.
Zeszła Karolina i mówię Jej, że Omie się zęby straciły, czy nic nie widziała..
A Ona mi – o kurdę, a ja tam wczoraj u Niej okna myłam, to jestem pierwsza podejrzana
A Kacper na to – no Ty i Kościelny to główni podejrzani, bo mogły jej jeszcze w kościele wypaść jak komunie przyjmowała. Jak w czwartek miałem służbę, to już jej tak klapały.
Dom wariatów.”
„W tym stawiku za chlewem (równolegle do gnojoka jest stawik) zielony od rzęsy, ale i prawie wyschnięty, wpadła kura. I się w tym mule zakleiła. Nogi i pióra całe.
Więc my ją grabiami i do brzegu z Mamą popychałyśmy i wyjęłyśmy ledwo żywą i wystraszoną.
Potem kąpiel w dwóch wiadrach, bo taka była czorna, a z natury biała.
Ciekawe czy przeżyje, bo Mama mówi, że kury to są zmarzluchy i może się wychłodziła.”
„Lubię jak piszesz, że siatki nosisz z zakupami, a nie parkujesz samochód pilotem, zakupy robisz wpisując w komputerze i Ci to w złotych tytkach wnosi facet nasmarowany olejkami, a ty w tym czasie leżysz w jedwabnym szlafroku na skórkowej białej kanapie i modnego mopsika głaszczesz.
I nie masz pojęcia czy dzieci są teraz na gimnastyce artystycznej, balecie czy robotyce z nianią.
No i chodzisz w laciach, a nie w szpilkach od LB.”
„Teraz skończyłam robić z cebulą. A od środy będziemy u mamy kartofle przebierać i workować. Muszę u kur zrobić porządek, bo aż się prosi. Ale z tym poczekam na brzydką pogodę. To w chlewie spędzę dwa przedpołudnia na ciepaniu gnoju. Wczoraj Tata mi mówi – szczupaka trzeba Madzia złapać z sadzawki.
Dynie koniem zawieźć, bo na stawach porosły nam dynie giganty. No i grzyby obzbierać.
Jeszcze te pieroństwo ćmy bukszpanowe zeżarły mi bukszpany i obcięłam. Dziś rano o 6 ej obcinałam i teraz muszę to na stawy wywieźć i spalić, żeby się te gąsiennice nie przepoczwarzyły i nie rozprzestrzeniły.”
„I jeszcze Karolka mi tu z Krynicy wiadomość pisze – Mamooo!! Uważajcie, bo u nas cyganie grasują, na fejsbooku ludzie ze wsi udostępniali. Powiedz Omie, bo Ona taka urna!
Taka ufna nie urna!!! Ten słownik mnie po prostu nie rozumie. Jak pisze świniobicie to mi uparcie Świnoujście proponuje!! I tak bym mogła wymieniać bez końca. Mój słownik nie jest ze mną kompatybilny i za cholerę nie wie o czym pisze czy myślę.”
To zaledwie kropla w wielkim oceanie tego co Madzia do mnie pisze…
Myśle sobię, że Madzi telefon Jej nie rozumie, bo taki człowiek jak Madzia to wyjątek.
Ach, jaki wyjątek… Takich ludzi już prawie nie ma.. Żyje lat 35. Znam Ich mnóstwo. A taką Madzię tylko jedną. Czasami mam wrażenie, że żyje w Niej kilkadziesiąt niezwykłych kobiet. Bo jak w jednym ciele i umyśle może się zmieścić tyle energii, charyzmy, dowcipu, ciepła, mądrości, talentu, urody…
Jak to te człowieka losy się toczą…
Kto by pomyślał, że pobudujemy się akurat tutaj, że pójdę na fitness do wsi obok i Ona tam będzie…
Madzia to człowieka, z którym jedzie się zimą w zaprzęgu konnym. W saniach. Po lesie. Mróz pod butami skrzypi. Powozi Jej siostra. Ja z Ewą pod jednym kocem w tych sankach ciała sobie grzejemy.
A potem jest ognisko i bulion z czosnkiem. Grzane wino w termosach mamy.
Z ostatnich sanek co rusz spadają dziewczyny.
Madzia systematycznie dowozi mi ziemniaczki, marchewki, mięsko z tego „Świnoujścia”. Dżemy, kompoty, powidła, smalec, kapustę, pietruszki, kwiaty, czereśnie, jabłka, gruszki… I wymieniać by całe setki dobroci.
Mam nadzieję Madziu, że może w przyszłym życiu uda mi się „zarobić” na tę przyjaźń z Tobą, bo w tym na pewno nie zdążę…
Jesteś moją inspiracją, wzorem, motywacją, objawieniem…
Najbardziej wtedy, gdy podjeżdżasz pod fitness rowerem przy mrozie – 10, a w koszyku masz 60 jajek.
Albo wtedy, gdy widzę Twoje dzieci i marzę o tym, by moje choć w połowie były tak dobre, mądre, pracowite, pomysłowe…
Kiedy patrzę na Ciebie, widzę najpiękniejszy ze światów, jaki człowiek może sobie stworzyć dzięki temu jaki jest.
Wysyłam Ci te wybrane Twoje wiadomości na maila, z zapytaniem czy mogę opublikować i idę robić zupę meksykańską. Z Twoich marchewek.
