zaplanuj swój czas

kiedy nad wszystkim panuję, kiedy w każdym kącie mam porządek to życie mi się lżejsze wydaję.
żaden problem nie jest wielki, a nawet gdyby, to jego rozmiar nie przeszkadza mi w natychmiastowym rozwiązaniu go. idę wtedy po domu jak taka czapla. wysoko i dumnie podnoszę nogi.
kiedy mam w domu porządek to nagle wydaje mi się, że dzieci ciszej krzyczą, że kawa wolniej stygnie, że świat należy do mnie. zwyczajnie mogę wtedy wszystko..
jednak by ten stan osiągnąć trzeba wiele z siebie dać..
czasami zazdroszczę tym co potrafią ręką machnąć, żyć w pogodzeniu z tym bałaganem, rozgardiaszem..
ale w pogodzeniu naprawdę, w środku siebie.. że go to nie dręczy, nie spędza snu z powiek.
nie tak, że z lenistwa a w środku go gryzie i gniecie..

bo ja kiedy wychodzę z domu, muszę za sobą zostawić ogólny ład, tak by naczynia w zlewie się nie piętrzyły, koce rozleniwione by w nieładzie nie leżały..
i oczywiście nie zawsze mi się to udaje, ale pełnię szczęścia osiągam tylko wtedy..
i choć sobie tłumaczę, choć czasami walczę ze sobą to dziś już wiem, że pewne rzeczy trudno zmienić i należy im zwyczajnie dopomóc.. by nie dręczyły i dały zwyczajnie żyć.
och! ile ja się w życiu nawieszałam tych plakatów, mądrych zdań… by nauczyć się z bałaganem żyć..
ale prawda jest taka, że to skrajnie dwie różne rzeczy… bałagan a rozrzucone zabawki..
mnie nurtuję każdy kurz za mikrofalówką i lodówką.
i choć wymaga to ode mnie dużo, to zwyczajnie w takim uporządkowanym domu żyje mi się lepiej..
mam wtedy wrażenie, że mój umysł jest lekki, że nie trapią go żadne problemy, że brak piachu pod stopami i okruszków na blacie powoduje moją nieznośną lekkość bytu..
kiedyś widziałam takie zdjęcie z podpisem „tylko nudne kobiety mają nieskazitelnie czyste domy”..
większość kobiet jakie znam, które mają pięknie zadbane domy są maksymalnie ciekawe, kreatywne, pomysłowe.. 
zawsze powtarzam, że mnie jest obojętne jakie Kto ma domy.. czy małe czy duże, czy z meblościanką czy loftowym stołem.. dla mnie to nie ma najmniejszego znaczenia.. 
jednak bez dwóch zdań uwielbiam domy gdzie jest porządek i ciepło.
kiedy wchodzisz do maleńkiego domku, w którym wszystko jest zwyczajne, niewyszukane w katalogach, ale pachnie, stoją kwiaty na stole, na komodzie ułożone gazety.. to odpoczywa człowiek.
mam też takich znajomych gdzie wchodząc muszę sobie torować drogę by dojść do salonu i mocno się napracować by postawić na stole ofiarowaną mi filiżankę kawy. moja miłość do nich nie jest w żaden sposób mniejsza.. idę do Nich, do człowieka, nie do poodkurzanych dywanów.
jechałam ostatnio do Asi. dzwonię i mówię „błagam, nie sprzątaj. chce byś cieszyła się na mój przyjazd a nie by kojarzył Ci się z tym że mam przyjechać i będziesz dwie godziny latać na szmacie. rób co masz robić i jak przyjadę to zrobisz mi kawę. takich gości przed których wizytą się nie szaleje ze sprzątaniem i szykowaniem – milej gości. swobodnie, lekko.”
popadam w skrajność jeżeli chodzi o mój dom. zwyczajnie lubię żyć w posprzątanym domu.
dookoła tematu chodzę a pytaliście nie raz jak sobie z tym radzę.. że dom, sprzątanie, dzieci, praca..
myślę, że nie mam się w żaden sposób lepiej ani gorzej od innych mam..
moja znajoma codziennie wstaje o 5ej rano i szykuje obiad dla dzieci które zostają z nianią, potem pędzi do pracy, wraca późno bo dojazd, korki, zakupy spożywcze.. a w domu jeszcze pranie, ogródek..
więc to chyba nie ja powinnam pisać o dobrej organizacji czasu..
jednak jakąś posiadam i napisać mogę..
lecz to stare prawdy są, nikomu niedziwne.. czasami tylko trudne do wprowadzenia w czyn.
nauczyłam się sprzątać na bieżąco. nigdy nie chodzę z pustymi rękami. zawsze wezmę a to z kuchni do łazienki, a to z dołu na górę.
a to jak widzę, że w lodowce mniej rzeczy jest to szybko wyciągam i półki przetrę.
robię to odruchowo, bez zastanowienia. zajmuje dwie minuty a kiedy przychodzi do np świątecznych porządków to okazuję się, że nie ma miejsc w których dawno nie było sprzątane..
i najważniejsze! zrób od razu! jak Cię coś dręczy to nie zostawiaj „posprzątam jutro albo w sobotę”, bo wtedy do jutra lub soboty będziesz mieć zaprzątniętą głowę. oczyść ją od razu! (jeżeli oczywiście tego potrzebujesz).
robię naleśniki. wyciągam mąkę i wylatuje mi makaron, który rozsypuje się na ziemi.
muszę tam na spokojnie potem posprzątać – myślę.
upiekłam te naleśniki, mamy iść na spacer, ale wiem, że spokoju nie zaznam. szybko klękam przy szafce, wyciągam, wycieram szmatką, układam, co nie potrzeba wyrzucam. ciach! 5 minut i jaka lekkość.
czy ja nie zazdroszczę tym co mają to w nosie i kiedyś przy okazji posprzątają?
oczywiście, że zazdroszczę! ale dostałam taki charakter, po latach zauważyłam, że trudno go zmienić więc postanowiłam mu dopomóc..
uciska mnie w myślach każda szafka z dokumentami w biurze, która dawno nie była segregowana, szuflada z milionem rajstop w których nie chodziłam od stu dwudziestu lat.
zwyczajnie lubię się rozejrzeć i dostrzec ład i harmonię..
ileż to moich znajomych, kiedyś żyjący w rozgardiaszu, dziś z wiekiem mówią, że choć są leniwi i sprzątać im się nie chce to nie mogą skłamać i prawdą jest, że w uporządkowanym domu lepiej się pracuje, lepiej gotuje..
myślę, też że to co robimy widzą nasze dzieci..
kiedy wychodzę od Kogoś, gdzie byłam ze swoją dziatwą to zanim zamknę drzwi i wsiądę do auta, sprzątam po nas. układam zabawki, zanoszę na miejsce. podnoszę rowerki…
staram się zostawić miejsce po nas tak jak je zastaliśmy, choć to nie do końca możliwe..
wyobrażam sobie, że my wrócimy do czystego domku, wykąpię dzieci i mam wolny wieczór, a Ktoś Kto nas gościł ma do sprzątania cały dom, kuchnię, naczynia i podwórko..
fajnie jest po prostu podzielić obowiązki..
najbardziej nauczyła mnie tego moja sąsiadka.. kiedy się wprowadzili, ilekroć przychodziła to zawsze zanim wyszła sprzątała ze swoją córeczką zabawki. segregowała, zanosiła na góre to co zwlokły na dół itp… odnosiła do zmywarki naczynia.. Ona wychodziła. Kawę wypiłyśmy, pogadałyśmy, dzieci się świetnie bawiły, a jak wyszły to dom wyglądał jak nowy… 
Ona również uwielbia porządek i mierzy swoją miarą. Cieszę się, że mnie tego nauczyła.
To dobra nauka.
Uczę się też sprzątać z dziećmi. nie czekać aż pójdą spać, aż pójdą z Tatą na spacer albo do Babci.
zwyczajnie biorę ich do pralni i zbieramy pranie, ładujemy pralkę. razem myjemy podłogę, ścieramy kurze.. nie czekam na czas który nadejdzie tylko organizuję ten który mam.

ostatnie kilka dni mocno chorowałam na dolegliwości jakie mam od dziecka i jako, że nie wstawałam z łóżka to się nagromadziło…
obiecałam sobie, czując się lepiej, że napiszę posta, zamknę laptopa i pójdę posprzątać.
pootwieram drzwi na oścież, naleję płynu do wiadra i niech się roznosi dźwięk odkurzacza!
niech dom oddycha! miłością, zdrowiem, szczęściem i… porządkiem!

uśmiech

koło naszego domu, jak oszalałe, tańczą i wirują nasiona topoli..
biały puch obserwuję z kuchennego okna.. za nimi w tle zielenieje las..
sąsiad chyba w tym roku nie posadził zboża i nie możemy z mężem tego przeżyć, bo widok tych falujących kłosów był jednym z najpiękniejszych w naszym życiu..
przed burzą były jak wzburzone morze. unosiły się do góry by ponownie opadać jak wielkie fale..
a kwiatostany lśniły w słońcu i mieniły się na złoto..

majowy deszcz nas zmoczył wczoraj.. skarpetki, kurtki, koszulki.. wszystko tak mokre, że ciężko było unieść do pralki. buty przemoknięte zostawiliśmy przed drzwiami i poszliśmy pod ciepłe koce. wstawiliśmy wodę na herbatę..
tak nam się żyje z dnia na dzień. z dobrego robimy jeszcze lepsze, a ze złego na przekór nie robimy sobie nic..
z widoku – kiedy mąż niesie na barana córkę wracając od sąsiadów i idzie przez te pola – robię obraz, który zamykam w głowie by w pamięci pozostał. by nigdy nie zniknął. bo to był najpiękniejszy obraz miłości, beztroski, dzieciństwa, ojcostwa, spokoju, radości, wsi… łączył w sobie niezliczoną ilość przymiotników świadczących o wyjątkowym szczęściu.
szedł taki uśmiechnięty przez te redliny i trawy po kolana. Ona machała mi mocno. ja patrzyłam na nich z kuchni myjąc podłogę. po Jej minie widzę, że dobrze się bawiły z Rozalką i pewnie Sabinka Im naleśników napiekła..

robie zakupy w naszym wiejskim sklepie prawie każdego dnia..
wchodzisz, wszyscy się do Ciebie uśmiechają, zagadują.. pytają czy już dzieci zdrowe, jak było na wyjeździe.. i że trójkąciki zamówili już..
uświadamiam sobie każdego dnia jak ważny jest uśmiech drugiego człowieka.
tylko uśmiech. może aż…
jadę ostatnio autem. zamyślona patrzę to w światła, to w gps… i nagle obracam głowę w prawo, a tam taki wielki, ogromny uśmiech na twarzy mężczyzny z blond włosami związanymi w kitkę.
rozśmieszył mnie tak bardzo, że jeszcze 30 kilometrów uśmiechałam się do siebie..
nie, nie.. on nie był w formie podrywu.. to był taki radosny, szczery uśmiech.. przyklejony wręcz do szyby..
zawsze stojąc na światłach uśmiecham się do ludzi obok. czasami jak światła się długo nie zmieniają, to pod koniec wybuchamy wręcz śmiechem.. każdy w swoim aucie..
przecież kiedy Ktoś do mnie dzwoni to ja wiem, po prostu wiem, czuję, czy On tam, po drugiej stronie nosi uśmiech na twarzy.. nawet gdyby mówił do mnie poważnym tonem..
pamiętam taką sytuację..
prawie 5 lat temu, leżałam w klinice rodząc Tosię.. wszystkie położne cudowne. miłe, uśmiechnięte.
kobiece dobro i troska otulone białym fartuchem..
i ta jedna kobieta, która była zła na cały świat za ten ziemski padół na którym przyszło Jej żyć..
dwa dni. zajęło mi to dwa dni. każdy tracił cierpliwość. stawał się dla niej opryskliwy, odpowiadał tym samym tonem.. a ja nieugięta wypowiadałam najgrzeczniejsze „bardzo proszę”, „bardzo dziękuję”, „gdyby tylko Pani mogła”… i uśmiechałam się do tej Jej uparcie zagniewanej twarzy..
w dzień gdy wychodziłam… weszła i zapytała czy może mi pomóc ubrać Tosię na wyjście..
nikomu innemu tego nie proponowała.. oczywiście każda z położnych to robiła, ale nie ta..
kiedy rzucałam wzrokiem po raz ostatni w drzwiach na łóżko i szafkę, czy aby nic nie zostało, zobaczyłam Ją. stała pod oknem i się do mnie uśmiechała… to był najpiękniejszy uśmiech jaki widziałam. był tylko dla mnie.
uśmiech człowieka, który skory do uśmiechu nie był..
spotkałam ostatnio chłopczyka przy kasie, chciał kupić drożdżówkę. okazało się, że nie ma portfela.
podeszłam i zapytałam czy mogę Mu kupić tę drożdżówkę i czy mogę jakoś inaczej pomóc, bo widzę, że chodzi zasmucony przed tym sklepem.. mówi, że w tym portfelu był też bilet na autobus do domu..
w tym aucie opowiadał mi o pasjach, o planach.. no cudny chłopczyk. szczupły, wysoki, ten ryjek taki śliczny..
On też miał piękny uśmiech gdy wysiadał.
myślę, że uśmiech to najcenniejsza waluta świata.
czasami jak mam zły humor jadę kupić sobie sukienkę.. dziś nie pamiętam żadnej z nich.
w jakich okolicznościach je kupowałam.. i często leżą w najgłębszych czeluściach szafy..
a taki uśmiech człowieka pamiętasz zawsze..
ile ich rozdasz tyle zbierzesz.
z uśmiechem załatwisz szybciej w urzędzie, z uśmiechem „szybciej” czeka się w kolejce…
stałam ostatnio w korku.. 4 godziny.. wiecie jak wyglądają ludzie w korku? a w czwartej godzinie czekania..?
a u mnie w aucie jechałam ja, Andzia i Tosia.. miałyśmy otwarte okna. Tosia machała wszystkim, a my z Andzią co chwilę zaśmiewałyśmy się w głos..
czasami okazywało się, że ten uśmiech wysyłany z naszego auta rozchodził się w promieniu kilkudziesięciu metrów.. zarażał się od nas każdy..

podchodzę do obcych kobiet i mówię, że są piękne. tak na ulicy, na balu sylwestrowym..
wszędzie.
raz tylko jedna miała zdziwioną minę gdy powiedziałam, że ma piękne nogi i tyłek w tym kombinezonie.. że ja też go mierzyłam, ale tak zjawiskowo nie wyglądałam.

ogólnie to gęba mi się nie zamyka. od gadania i od śmiania się.
zagaduję do wszystkich wszędzie i uśmiecham się do wszystkich.
sprawia mi to tyle przyjemności, satysfakcji..
i jak mawia mój mąż… u Ciebie się zawsze tyle dzieje, nawet jak idziesz do sklepu za rogiem..
uśmiech powoduję, że cały świat nagle staje się takim spacerem w dziecięcych podskokach…
i nawet zębów za bardzo nie musisz szczerzyć.. wystarczy delikatnie podnieść kąciki ust…

moja najlepsza przyjaciółka pisze do mnie sms’a..
„napisałam coś na blogu”
wchodzę, czytam i Jej odpisuję
„nosz kurde mać (zamiast „kurde” było inne słowo, ale Mama mówi, żebym aż tyle nie przeklinała)
miałam rano o tym na blogu napisać. na ten temat!
więc po prostu opublikuję Twój post”

i wcale mnie to nie dziwi, bo pomimo tylu tysięcy kilometrów mamy to samo na obiad i te same kosmetyki w kosmetyczkach..

„…ale dlaczego?  – pyta mąż kiedy mu mówię, że zamieniłam się parkingiem z nowym sąsiadem. Odpowiadam mu więc, że jego Defender za Chiny Ludowe nie mieści sie we wjeździe do jego parkingu, że stawia go w pełnym słońcu (Cypryjskim słońcu jakby tego bylo mało), że klimatyzacji nie ma, że nam to wsio ryba czy kuźwa z prawej czy z lewej, na koniec myślę sobie „a czemuż by psia krew nie?”. Dlaczego nie zejść ze swojej drogi, jak to ładnie mówią Anglicy i nie zrobić czegoś bez żadnego ukrytego powodu? Choćby w kolejce. Ilekroć widzę człowieka co staje na końcu kolejki, gdzie każdy przed nim ma wózek po brzegi wypełniony, a ten biedak z mlekiem i chlebem posłusznie za nimi czeka, wołam go przed siebie. Jakąś taką mam nadzieję, że to „pójdzie dalej”. Najlepiej widać to w korku. Wpuszczasz kogoś z bocznej ulicy i najczęściej on zaraz też kogoś „puści” a potem tamten „puszczony” znowu kogoś i od razu milej, szybciej i fajniej to idzie. A jednak to pytanie „ale po co?” pada. I to często. Dziewczynie zabrakło 80 eurocentów i zostawiła przy kasie dynię. Kiedy przyszła moja kolej wzięłam też nieszczęsną dynię i dogoniłam koleżankę na parkingu. Zdziwiona wzięła reklamówkę i poszła dalej uśmiechając się pod nosem. Czy mi ubyło? Raczej nie. Czy świat uratowałam? No też nie, ale ktoś się uśmiechnął. Być może poczuł się u siebie (bo to nie byla tubylcowa). Był taki tydzień tej zimy, że nawet Cypr zamarzł. Wiało jak w kieleckim, mroźnym wiatrem od jedynej góry jaką tu mamy. Wiozę mamę do domu, mijamy chłopaka na rowerze. Bez rękawiczek. Łapy czerwone jak żarówki w burdelu. Minęłam go i zaraz potem myśl. Weź mu daj swoje. Samochodem jedziesz, aż tak ci nie są niezbędne. Zawracam, matka patrzy na mnie z miną dr.House’a. Jeszcze zanim go dogonię myślę sobie, że może nie weźmie, bedzie mu głupio. Przypomina mi się kiedy jako 7 latka wybrałam się zimą (w Polsce) do sklepu bez rękawiczek, wyłam całą drogę do domu, czyli jakiś kilometr. Potem 15 min trzymałam dłonie pod wodą, żeby odmarzły. Chyba będzie głupi jak nie weźmie. Zatrzymałam go i podałam mu parę rękawiczek z dyskontu. Uśmiechnął się, podziękował i popruł dalej. No, Ziemia wciąż kręci się w tym samym kierunku. Nie wybuchł mi nad głową balon ze złotym konfetti. Ale chłopak szybciej dojechał do domu i na pewno lepiej.  Takich okazji  jest setki.  Zawsze można coś zrobić. Petycję jakąś podpisać, podrzucić kogoś do domu, bo siatkę ciężką niesie, nie zadeptać dozorczyni świeżo umytej podlogi, podnieść coś co spadło, zanieść kotom pod blok trochę jedzenia. Zejść ze swojej drogi. Na chwilę tylko, bo nic się nie traci, a nuż po dłuższym spacerze bedzie się lepiej spało”

legenda o tym jak Andrzej samochód strażacki kupował.

to jest serio fajne. że ten Tata taki jest. że jest ciekawy, inny..
i moja siostra ostatnio opowiada mi, jak to pojechali w niedzielę kupić wóz strażacki…
oczywiście tamtej niedzieli dostawałam na bieżąco zdjęcia z telefonu.
pomyślałam, że ja muszę napisać o tym posta. muszę..
ale chwilę potem doszłam do wniosku, że nikt tego nie odda tak jak moja siostra.
to jest Ich historia. wybłagałam więc u Niej tę opowieść dla Was..
a opowieść napisana wprost genialnie, łącznie z tym, że na końcu nastąpiło moje wzruszenie…
ta rodzina spadła mi z samego nieba… pomijając fakt, że ja chyba z centrum piekła.


„Wyruszyliśmy  wczesnym rankiem. Termos z kawą – obowiązkowo. Kanapeczki – konieczność. Przecież nigdy nic nie smakuje tak, jak w drodze. A jak się człowiekowi jeść wtedy chce?! Ledwo, co poza gminę głowę wystawi, już kiszki marsza grają.

Autostrada tam żadna nie prowadzi. A drogi wyboiste, dziurawe, kręte, wąskie. Toczymy się tak przez te miasteczka i wsie, a co jedna to bardziej urokliwa. Zimno jeszcze. Płeć piękna w jesionkach do kościołów tłumnie spieszy z ozdobą w ręku, gdyż to niedziela palmowa i święcić trzeba. Panowie zaś gromadnie uciechy pod spożywczymi  od wczesnych godzin zaznają, bo ich bardziej niż palmowa cieszy, że handlowa.

A ja w męskim, doborowym towarzystwie, kawą się delektując  w podwórka ludziom zaglądam i pogodę nie najlepszą komentuję. I tak przemierzamy kolejne kilometry nieświadomi zupełnie kresu tej podróży.

I nagle ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazuje się, że aby dojechać do celu musimy przepłynąć Wisłę. Promem!!! Ja nie sadziłam, że w XXI w. istnieją jeszcze takie środki transportu!!!

Samochód załadowany , tato z moim mężem spokojnie stoją, a ja ciekam jak poparzona, bo w szczęście swe uwierzyć nie mogę. Mówię do pana promiarza, że fajną ma tę robotę, bo wszystko wie – kto z kim na randki chodzi, do której teściowej na obiady niedzielne jeżdżą, o której dziewczyny z zabawy wracają – zorientowany jakby w wywiadzie pracował. Pan mało gadatliwy, uśmiecha się tylko pod nosem nieśmiało ( ale ci z wywiadu tak mają, że informacje zbierają, a mówią niechętnie), więc urazy nijakiej nie żywię i beztrosko Wisłę przemierzam.

Dzwonimy:

-Halo, tu mój teść  samochód obejrzeć do Was jedzie – mówi mój mąż

– Dobra, już na Was czekomy! Ekipe zbierom  i pod straż zajedźta – odzywa się sympatyczny głos w telefonie.

Wjeżdżamy. Malutkie chatki, stare stodoły, zabudowy często drewniane jeszcze, piękne, czyściutkie, zadbane. Polską pachnie. Ciszą. Ludowością. Ławki przed domami puste. Wieś wałem ochronnym od reszty świata odgrodzona.

Nagle mym oczom ukazuje się Trzech Muszkieterów pod remizą strażacką OSP. Stoją. Machają. Uśmiechy szerokie na pyskach, więc i nam się gęby śmieją.

Wyskakuje z samochodu i już się zabieram do ściskania Strażaków!

-Heniek, na boga – rzecze jeden – patrz no ty, dziołcha ma gołe nogi! Dej no tam, w remizie te wełniane skarpety leżą, od razu ją ubierzemy, bo nom tu zmarznie!

I gotowi lecieć mi skarpet szukać.

– O tu panowie mamy wóz do sprzedania!

I bramy drewniane otwierają, a oczom naszym ukazuje się Mercedes, rocznik 77

– My tera nowy dostali, nam ten już niepotrzebny!

– A dużo panowie nim jeździli ? – pyta tato

– Gdzie ta dużo?! Panie! Najwięcy  to my do Łagiewnik się modlić.

Podczas kiedy chłopy do oględzin przystąpili i przejażdżek po wsi zażywać poczęli, ja gadki uskuteczniam…

-A grzeje on? – pytam

– A to pani zależy …

– Zależy od czego? – dochodzę

– Zależy ile pani wcześnie wypije, czasami to tak grzeje, że się wysiedzieć nie da – otrzymuję w odpowiedzi

-A ile on wyciąga? – kontynuuję w obawie, że wracać będziemy do poniedziałku

–  A do Łagiewnik to my se stówką lecimy lekutko!

W tym czasie podjeżdża elegancka Pani , wysiada z BMW. Młoda, zadbana, ładna. Dowiaduję się, że to pani Bożenka – pełniąca bardzo ważną funkcję skarbnika w straży i kole gospodyń wiejskich, bo jak się okazuje w rozmowie obydwie te instytucje prężnie działają w ich miejscowości, która posiada 104 mieszkańców.

Podczas miłej rozmowy z panią Bożenką co rusz podchodzi do nas ktoś ze wsi, bo pora to przedobiednia i wszyscy z palmą do domów wracają. Odświętni i dostojni. Każdy przystaje, gdyż wielkie się dzieje na wsi wydarzenie – kupce po strażacki przyjechali.

A to Pani Danusia z Halinką przystanęły i zaraz opowiadać poczęły o potrawach regionalnych. I przepisy, które to „są słodka tajemnicą, ale rąbek mi zdradzą, jak się przyrządza te specjały”.

A to, że Danusia głodna, bo nic od rana nie jadła, a już dużo schudła. Od tej roboty w gospodarce to też, ale najbardziej to dlatego, że kurteczkę od siostry pod choinkę dostała i zapiąć się w niej nie mogła. I takie se postanowienie zrobiła, że do wiosny wejść w nią musi.

– I proszę, niech pani ino patrzy! Leży jak ulał!

I pod boki się łapie i po brzuchu gładzi.

Faktycznie, stwierdzam, że bardzo twarzowa.

Ale żebym nie myślała, że pani Danusia nieszczera, to od razu mi mówi, że i ona siostrze za ten prezent coś tam na podwóreczku złapała, oskubała i za prezencik się odwdzięczyła.

-Halinka – słyszymy głos jednego z Trzech Muszkieterów – Tyś jeszcze naszego nowego wozu nie widziała! Heniek, pokaż no Halince niech zoboczy!

I już Halinka do garażu bieży  nowy nabytek straży oglądać.

W pewnym momencie na rozstaju dróg ukazuje się elegancki, starszy pan.
Ubranie ma bardzo szykowne – czarny garnitur, skrojony na miarę, szal biały dookoła szyi powiewa, kapelusik na głowie. Stąpa krokiem lekkim, jakby lat miał o połowę mniej.

Pytam moich już znajomych któż to taki. W odpowiedzi słyszę, że pan Władek. Wiele lat mieszkał w Ameryce i choć tera wrócił to pewnie znowu wyjedzie. Pan Władek, kiedy zobaczył pod remizą zamieszanie również postanowił zbadać sytuacje.

Więc ja niewiele myśląc, rzucam Mu się w objęcia i mówię:

– Jakże miło pana poznać! Słyszałam, Że pan z Ameryki?

– Kto? Jooooo??? Eeeeeee…..

I się dowiedziałam. Ale kapelusz zdjął, dłoń mi szarmancko pocałował, ukłonił się nisko i poszedł na niedzielny rosół.

Tato rzecze:

-Panowie, samochód stary, trochę rdzy, wiele remontów jeszcze mnie czeka, dołożyć do niego musze. Wystawiliście taką cenę, ale ja proponuję mniej. Co wy na to? Oczywiście jeszcze na flaszeczkę dla straży dołożę.

– My się musimy naradzić! Chodźta chłopy  za samochód, chodź z nami Bożenka, boś skarbnik i wiedzieć musisz .I zniknęli za drzwiami. Prosto. Zwyczajnie. Bez ogródek. Uczciwie. Normalnie. Swojsko.

Za 4 minuty wyszli

– No my uradzili, że się zgadzamy, wóz sprzedajemy! – powiedział Herszt Bandy

I tak poszliśmy spisywać umowę do domu kultury.

– A co tu macie u góry? – pytam ciekawa

– A tu to se tirówki przyjmujemy… chce pani zobaczyć?

– A ma pan pieniądze? To już idę oglądać! – wyparowałam bez ogródek

Ale chyba nie miał gotówki, bo temat się skończył…

Pani skarbnik kasę przeliczyła komisyjnie i schowała. Pieniędzy na flaszkę wziąć nie chciała, gdyż nie wiedziała jak ma tą wpłatę zaksięgować i oddała głównemu Muszkieterowi.

Kiedyśmy się żegnali dowiedzieliśmy się, że jeszcze tego samego dnia ma się odbyć BARDZO WAŻNE zebranie strażackie o 19.00. Obecność obowiązkowa!!!
Kiedy mój mąż usiadł za kierownicę, a ja obok w nowym nabytku taty jeden z Trzech Muszkieterów powiedział:

– A niech pani tylko głośno krzyczy przez głośnik, żeby cała wieś słyszała, że samochód już sprzedany.

I sygnały też puścić! A co? Niech wiedzą!!! Śmiało!!!

A że mnie dwa razy powtarzać nie trzeba to darłam dzióba jeszcze daleko poza wsią.

Samochód strażacki płynie promem za darmo.

Pan promiarz grzecznie spytał, czy aby nowy nabytek, bo przecież widział, że my ani nie do pożaru, ani nie do Łagiewnik…

– Ale se lekutko lecimy! – rzekł mój mąż w drodze powrotnej, kiedy bujaliśmy się Mercedesem rocznik 77, ledwo co 70km/h. O rzeczonej stówce mowy nie było.

Niewiele mówiliśmy, gdyż hałas panujący w nowym wozie nie pozwalał na konwersacje.

Niewiele mówiliśmy, jednak każdy z nas miał taki szczery uśmiech na twarzy…

 I ja, i on uśmiechaliśmy się do swoich myśli i wspomnień owego dnia.

Wiele w życiu widziałam, doznałam, przeżyłam.

Miałam okazję jeździć bardzo luksusowymi samochodami .  Ale nigdy nie czułam tylu spojrzeń przechodniów – dzieci, młodych chłopców, dorosłych mężczyzn i kobiet mijanych po drodze kierowców, co podczas bycia pasażerką  mało luksusowego  za to przyciągającego ludzkie spojrzenia wozu strażackiego.

Miałam okazję bywać w różnym towarzystwie, wśród tzw. „śmietanki towarzyskiej”. Ale nigdzie nie spotkałam się z taką staropolską życzliwością, przychylnością, prostą, nieskomplikowaną myślą człowieczą, prostolinijną szczerością. Ci ludzie byli dobrzy. Po prostu.

I to smutne uczucie we mnie, że są chwile, które się już nigdy nie powtórzą… Są miejsca, do których już nigdy nie powrócimy… Są ludzie, których już nigdy na swej drodze nie spotkamy…

 

Wszystkim mieszkańcom Strojcewa pięknie dziękuję za niedzielę, o której będę opowiadać jeszcze moim wnukom.”

zdjęcie

P.S. Imiona bohaterów zostały zmienione.