Wiejskie Wieści.

Tak sobie czasami myślę, że powinnam robić jakiś skrót wiadomości raz w tygodniu…
Takie właśnie Wiejskie Wieści.
Odpowiedzieć na pytania jakie mi zadajecie, zapisać zdania, które zostają w głowie na dłużej.
Na tyle długo aby zaintrygować, na tyle krótko, by po tygodniu, dwóch zapomnieć.
A niektórych może szkoda zapominać…
Jak te, gdy siedzę z dziećmi w kinie. Jeszcze światło się pali jasne, reklamy dopiero przed nami.
Tosia odstawia pudełko z nachosami na fotel, wylewając przy tym odrobinę sosu na swoją kurtkę.
Szukam zatem chusteczki i oczywiście jak to Matka, psioczę pod nosem „no mówiłam, uważać z tym sosem.”
Podbiega Benio, wyrywa mi chusteczkę z rąk, szybkim ruchem przeciera to wylane, oddaje mi ją z powrotem, po czym mówi – Mama, psestań, cies sie tym dniem!
I co mi się teraz po myśli mojej nie potoczy, czy stłucze, czy spadnie, powtarzam w myślach – cies się tym dniem!

Zatem jeśliby ten post też jakoś nie specjalnie spełnił Wasze oczekiwania, pal licho z tym i po prostu cieszcie się tym dniem.

📝
Moja Mama od zawsze intensywnie pomaga mi w wychowywaniu moich dzieci, ale od czasu kiedy jestem po wypadku, pomaga jeszcze więcej.
Cały ogródek mi zasiała, plewi co przyjedzie, kwiaty na tarasy w donice powsadzała. Powycinała trawę dookoła drzew. No a przy tym wiadomo, tu mi zmywarkę rozładuje, tu dzieci wykąpie. Ale nie dziwne. Moja Mama jest numerologiczną 33. A to liczby mistrzowskie.
Wstaje kiedyś o szóstej rano, schodzę do kuchni i widzę, że nie ma Mamy. Szukam po całym domu, aż w końcu dzwonię zaniepokojona… No bo ranek taki wczesny…
A Ona odbiera i mówi – no przecież dziecko, że w ogródku.
Patrzę do okna. Plewi. Taczka obok. Słońce wczesne na złoto ją przystraja.
Przy jednym z ostatnich pobytów siada obok mnie na kanapie i mówi – No jadę córeczko. Porobiłam i teraz jadę do drugiej córeczki do pomocy.
(Moja siostra wróciła wtedy ze szpitala, po wycięciu nowotwora. Trudno było Jej ruszać ręką po zabiegu.)
-I wiesz, mam nadzieję, że to już koniec nieszczęść na ten rok. – dokończyła.
Popatrzyłam na Nią i powiedziałam – Mamuś, nieszczęście to by było, gdyby Justynka miała nowotwór złośliwy z przerzutami, a ja nie odzyskałabym wzroku. A tak, to co nam się przytrafia, to tylko koleje losu.
Zastanawiałam się chwilę jak człowiek, który przeszedł tyle operacji, śmiertelną chorobę, tyle tragedii z siłą tura i wielkim optymizmem tego nie zauważył? Że to jedynie koleje losu… Po jakimś czasie do mnie dotarło, że kiedy cierpienie spotyka nas, jest tylko przeszkodą do pokonania, zaś jeśli spotyka nasze dzieci, jest czymś co trudno losowi wybaczyć…
📝
Z takich świeżych informacji, to doniesienia obozowe moich dzieci…
Tosia wyjechawszy w niedzielę na obóz Harrego Pottera do zamku w Mosznej, zadzwoniła do mnie w środę.
Ach! Jakże czekałam na ten telefon.
Dowiedziałam się, cytuję „Mamo, dzwonię powiedzieć, że jest tak fajnie, że nie mam czasu dzwonić.”
O tyle.
Po powrocie spała dwa dni.
Ach, nie, zadzwoniła jeszcze dzień przed powrotem. Prawie przed północą. Z takim płaczem, że nogi nam się ugięły!
Oznajmiła, że płacze cały obóz, bo tak nie chcą się rozstawać.
Za rok jedzie na dwa tygodnie. Już nam zapowiedziała.
📝
Benio za to wyjechał na obóz do wsi obok, do naszych przyjaciół z gospodarstwem, których darzy miłością ogromną.
Bo skoro Tosia na obóz, to i Jemu się zamarzyło.
Czekał i liczył dni, a później i godziny. Z każdym dniem nadchodziły wiadomości od Madzi, które dodawały emocji w czekaniu. Jakby było ich mało…
„LIST DLA BENIA
Niezbędnik Obozowicza!!!
Beniu! dużymi kroczkami zbliża się obóz w Nas, na który już się nie możemy doczekać wszyscy!!
Powoli i starannie przygotuj się do niego i spakuj ciuchy i rzeczy, które najbardziej lubisz.
Sugerujemy Ci żebyś zabrał gumowce, mogą się przydać do wypraw nad stawy. Cieplejszą bluze i długie spodnie dresowe, na dziką przejażdżkę GAZIKIEM i ulubioną podusie!
Resztę rzeczy zabierz według własnego uznania czy sugesti rodziców.
Znając Twoje kulinarne upodobania Kacper podpowiedział mi jakie płatki śniadaniowe lubisz. Na miejscu będzie degustacja.
Kochany z niecierpliwością czekamy na Twój przyjazd. O dokładnej  godzinie będziemy Cię informować w następnych wiadomościach.
LIST DLA BENIA.
Beniu! Już nie dni, a godzinki zostały do obozu. Pewnie rozpocząłeś już pakowanie . Kacper i Karolina się cieszą i niecierpliwią.
Dosyłam kilka wskazówek.  Czeka Cię kilka przygód, w zależności od pogody oczywiście, ale będzie ekstremalny wypad offrodowy gazikiem pt „chudowskie Safari” , turbociekawa ścianka wspinaczkowa z instruktorem, niezwykła przejażdżka furką rustykalną z anielsko łagodną Bellą.. I niewątpliwe atrakcje dnia codziennego bez względu na pogodę, czyli przeganianie pisklątek, zbieranie jajek, karmienie ryb… Proszę weź ze sobą okularki, bo mogą się przydać w czasie safari. Muszki utrudniają obserwację zwierzyny.
Pa, do jutra zatem!!!”
Benio miał w programie deptanie wiśni na wino, robienie zielnika w zeszycie i opisywanie liści, nocowanie pod gwiazdami z nasłuchiwaniem małych sów.
Marsz przez rzepakowe pole do gąsek i po jajka. Wieczorne safari gazikiem. Wyjazd na ściankę wspinaczkową. Zajęcia plastyczno – techniczne. Podchody. Piknik. Ognisko. Masę gier i zabaw. I nie wyobrażalną ilość dodatkowych atrakcji..
Kiedy przyjechaliśmy po Niego, łzy wielkie jak grochy, bo tak nie chciał kończyć turnusu. Bo ileż to borówek nie zdążył zerwać…
No i odbiór był przesunięty o dwie godziny, bo trwały poszukiwania do zielnika dębu czerwonego.
📝
Z wiejskich wiadomości, siedzimy na kolacji miastowej z przyjaciółmi… i Oni pytają nas gdzie zostawiliśmy dzieci…
Popatrzyliśmy z mężem na siebie, bo nikt z nas nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
Jak żeśmy wyjeżdżali to też gdzieś wybiegły, ale gdzie…?
Zatem dzieci nasze w wakacje biegają między domami. Jak się dziecka szuka, to na wspólnej grupie sąsiedzkiej się pisze – czy Ktoś zna miejsce przebywania?
I zawsze na którymś podwórku się ganiają. Albo w którejś kuchni kolacje jedzą.
Kiedy wracaliśmy z tej kolacji, oberwała się chmura. Lało jak z cebra. Zatem późnym już wieczorem, a może i nocą, zgarnęliśmy do auta Tosię i Jej sąsiadki, z sąsiedzkiego domu aby zapakowała swój plecak na nocowanko. I choć przez pole miały blisko, zawiozłam je z powrotem pod bramę Karoli. Zakomunikowałam – transfer z lotniska do hotelu dobiegł końca. Patrzyłam jak w tym deszczu biegną od furtki do drzwi wejściowych śmiejąc się głośno. W klapkach chlupotała Im woda.
W tą jakże ciepłą letnią noc, pomiędzy domami, na nocowanko. To ten rodzaj wakacji o jakich się marzy dla swoich dzieci i jaki samemu wspomina się najmocniej będąc już dorosłym człowiekiem…
📝

Wiecie, u nas na wsi korków raczej nie ma. Ale kiedy staliśmy w takim jadąc nad morze, Benio zapytał – Ciekawe co kłopotuje taki korek..?

Zatem życzę Wam moi Drodzy, aby nic Wam w życiu nie kłopotowało korku w drodze do szczęścia…

pusta plaża


Zostawiam tu kilka instagramowych wpisów spod tych wakacyjnych zdjęć…

Leżałam przed domem na leżaku i co rusz mnie zrywał stres, że przecież powinnismy jechać na wakacje! Wszyscy pojechali na wakacje!

Ale potem emocje mi stygły, no bo przecież skoro wszyscy pojechali, to my pojedziemy w październiku. Jak się zluzuje. A teraz wypoczniemy koło komina.

Spoko. Leżę dalej…

I zaś ten stres! No przecież dzieci trzeba gdzieś zabrać! Koniecznie coś dla radości dzieci!

Ale potem myślę, że przecież były na koloniach, pół koloniach i innych atrakcjach. Jak pojadą później świat się nie zawali.

Spoko. Leżę. Na swoim podwórku. Na leżaczku. Książkę czytam. Wiatrak na przedłużaczu mi ciało ochładza.

A potem znowu ta panika! Rany Boskie! To może kamperem! Tak! Wszyscy teraz kamperują i sobie chwalą. Musimy wynająć kampera! Wbiegam do domu i mówię Im, że wyruszmy camperem. Koniecznie i do Chorwacji! Dzieci patrzą z powagą i pytają czy muszą, bo one nie znoszą jeździć, a do tego zwiedzać.

Spoko. Pasuje mi, bo zaś mogę na spokojnie na leżaczku…

Aż w końcu któregoś dnia dzwoni wspólnik męża i mówi, że zarezerwowane. Tam i tam. Wtedy i wtedy i żeby się pakować.

I idealnie, bo bym zaś była w stresie… 

Że po co?

Oko mnie będzie boleć.

Na bank będą tłumy i nie będzie pogody…

A tu pusto. Pogoda super. Oko nie boli.

Jak wrócę na swój leżak, to już taki człowiek będzie wolny od tego stresu, że choć trochę ten obowiązek wyjazdowy popchnięty… 

😉😁🙈

_________________________________________________________
Siedzimy przy śniadaniu. 🍳☕

Delikwent ma jeszcze na twarzy wąsy z wieczornych animacji pirackich. 🏴

O czym mu komunikujemy. Na to On, że kiedy nakładał naleśnika to jakaś dziewczynka się właśnie z tego śmiała.

Mój mąż stałym zwyczajem mówi Mu – a my się tym nie przejmujemy, bo każdy może mieć swoje zdanie, tak?

Odpowiada głośno tak. Przytakuje głową nad talerzem, po czym podchodzi do mnie i do ucha mówi mi – albo mogę mieć ją po prostu w dupie.

Tak parsknęłam, że moja pomielona już zawartość z buzi, wylądowała na całym stoliku.

A On z poważna miną nie rozumiejąc mojego zachowania dopowiada – No co? Przecież to Ty nam mówisz „aaaa w dupie z tym!”.

Ano mówię. I tak tez mówiła mi moja Mama. To jedna z najważniejszych rad na życie, aby móc być szczęśliwym…

___________________________________________________

Jeśli wyjeżdżało się w dzieciństwie z rodzicami, to kwestią konieczną był postój w trakcie podróży. Ilekolwiek by to kilometrów nie było… Jeśli mało, to dzieliło się te drogę na pół.

Właściwie ten postój był jedną z atrakcji wyjazdu.

Na drewnianych stołach i ławach wykładało się kanapki z papierka. Pomidorka. Ciasto drożdżowe. Kompot dla dzieci i kawa w termosie dla rodziców. Czasami do tego stołu dosiadała się inna rodzina. Rozmowa kwitła. To było tak oczywiste, że prowadzi się długi i zaangażowany dialog z dosiadającym się człowiekiem.

Dorośli palili papieroski. 

Dzieci zrywały jagody z pobliskich krzaczków… wtedy Mama wołała – nie jedzcie tego, tam ludzie sikają!

Czasami stało drewniane zadaszenie nad tymi stolikami. Z belek proste ogrodzenie.

Kosz drewniany. Śmieci było mało. 

Bo nawet jak zostawał papierek po kanapce, to się w kostkę składało i do domu wiozło. Bo to zawsze się jeszcze do czegoś przyda. Ostatecznie do rozpałki w kuchennym piecu kaflowym…

Teraz drogi szybkiego ruchu. Na szybko w okienku makdonalda. Śmieci dużo.

A rozmów z innymi podróżującymi coraz mniej…

Kiedy moi rodzice jadą z wnukami, biorą na drogę kompot do butelek i kawę do termosu. Paluszki na przegryzkę. 

Dziadek boi się dróg szybkiego ruchu. Jedzie powoli, swoim tempem przez małe miasteczka.

Tam w lesie mają swój ulubiony postój z drewnianym stołem i drewnianą ławą…

Choć Babcia wie, że na stacje po hot-doga też lubią wstąpić… 

I te postoje tkwią mi w tych wspomnieniach bardziej, niż ten cel, do którego nas ta podróż niosła…

_______________________________________________

Każdy człowiek ma potrzebę odpoczynku.

Jeden od pracy, drugi od teściów z podwórka, trzeci od klimatu, a jeszcze inny od stania przy garach… Każdy z nas choć jesteśmy podobni, różne ma potrzeby, bo zupełne inne mamy charaktery i codzienne życie. 

Ja najbardziej muszę odpoczywać od swojej głowy. Od gonitwy myśli i analiz. 

Wiek robi swoje, bo i potęguje te uczucia i zarazem z doświadczenia wiem, gdzie kierować swoje refleksje, aby być wolnym i odciążać umysł….

Od czego potrzebujecie odpoczywać?

_________________________________________________

Czytam Wasze komentarze pod ostatnimi postami na instagramie i myśle sobie jaki piękny kawał wspomnień i pozytywnej energii tu tworzycie. O takich czytelników te 9 lat walczyłam 💪
 Bez Was – nic. Z Wami – wszystko.

__________________________________________________

 Można mieć wiele szczęścia w życiu, ale jeśli szczęśliwie wybierzesz kompana na życie, to można pokonać wszystkie nieszczęścia.

__________________________________________________

Ludziom wydaje się, że wolność jest, gdy nic nie muszą. Nic z tych rzeczy. (Wtedy pojawia się depresja, samotność…)

Najpiękniejsza wolność jest wtedy, gdy pokochasz swoje obowiązki i zależności…. 

Jak zwykle w tym temacie polecam film „szwedzka teoria miłości”. 📺
______________________________________________________

 

„jak ja jej nie kochałem”


Marlena jest moją czytelniczką prawie od początku prowadzenia bloga.

Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. 
Umówiłyśmy się w połowie drogi na kolację.
Idę w Jej kierunku i rozpięła mi się sukienka, prawie cała, która była od szyi do dołu zapinana na napy.
I zbliżając się do Niej zapinałam akurat tak na wysokości kroku. Idąc dosyć szeroko, bo ciemno i musiałam się przypatrywać czy dobrze zapinam.
Podchodzę a Ona mówi – Boże, to ty jesteś normalna.
Od tych wielu lat się przyjaźnimy, bo mieszkamy kilka wsi od siebie.
Jakiś czas temu Marlena miała mały wypadek samochodowy. Poszła na L4 i będąc w domu usiadła przy kuchennym stole do pisania.
Pierwsza książka – super. Ale to przy drugiej powiedziałam Jej – wydaj ją.
Kiedyś nawet publikowałam tej książki pierwszy rozdział. 
„Jak ja jej nie kochałem” jest powieścią o miłości. O złodzieju i dziewczynie ze wsi, którą wychowuje Babcia. Zaczyna się w latach 80′  i doskonale przenosi nas, czytelników w czasie.
To wielowątkowa historia. Opowiada o losach wielu bohaterów.
To piękny debiut. 
Zostawiam Wam wywiad z Marleną i w prezencie trzy książki do rozdania.
Aby wygrać, bardzo proszę zostawić w komentarzu kilka zdań – o czym napisalibyście swoją książkę?
Wyniki rano 08.07.2021 (macie dwa dni)
WYNIKI (proszę o kontakt mailowy z adresem do wysyłki julia.rozumek@gmail.com)
Sandra – familokowa społeczność
Ania z Osobiedlamnie – Montana i furtka
Ewelina – o pisarce, którą goni czas.
Książkę (w super cenie) można zakupić na stronie wydawnictwa Videograf  TUTAJ.
(A jak już tam będziecie, to oczywiście polecam Joannę Jax aby wrzucić do koszyka. Moje ukochane to – „Dziedzictwo von Becków”, „Zanim nadejdzie jutro” oraz „Zemsta i Przebaczenie”.)

Co musi się zdarzyć w życiu człowieka, że zaczyna pisać książkę? Co zdarzyło się w Twoim?

Julko, nie byłabym sobą gdybym nie zaczęła od tego że sama sytuacja w której to Ty pytasz mnie jest niewiarygodna. Jesteś dobrym duchem tej książki (na bank tego nie puścisz. :))
 Co musi się zdarzyć w życiu człowieka? Powiem Ci, że samą mnie to interesuje.
To moja miła, odpowiedz mi proszę…
A u mnie to było tak… ja byłam jakby ciągle w drodze, niby sama ją wybrałam, szłam własnym tempem, w swoją stronę, a jednak wciąż wydawało mi się że za zakrętem to będzie już to!  I zajrzałam za zakręt i się zatrzymałam, nie bo chciałam,  tylko musiałam. I wtedy padły  słowa, mądrej kobiety „pisz!” i dopuściłam do siebie tę możliwość, ten swoisty luksus. Moja droga nadal nie jest linią prostą, ale pisania dało mi… spokój. Przynajmniej na czas gdy odpływam w świecie moich bohaterów.

Jak wygląda warsztat literacki u amatora i debiutanta? Czy często szukałaś potwierdzenia tego co piszesz w innych/ bliskich? 

Julko, gdybym ja z moją głową zaczęła rozmyślania nad warsztatem literackim, to tak bym się spieła, że pewnie nawet numeru strony bym nie wstawiła. Gdy podjęłam próbę pisania, i zobaczyłam obrazy i poczułam ten lot, to chciałam to robić, to mi tego brakowało, to na to czekałam.
Tak, szukałam potwierdzenia i wiesz o tym także i ty. Właśnie to potwierdzenie, własnie ten doping pozwala mi wierzyć, że to co robię ma sens. Bywało tak, że nawet mnie ponaglano z kolejną częścią historii, bo bliska mi osoba nie mogła doczekać się, co będzie dalej. Ja bez ludzi nie napisałam bym tych książek, i nie kokietuję, mówię do ciebie prosto z serca.

Kiedy piszesz? Czy siadanie do pisania w Twoim wypadku to kwestia natchnienia czy systematycznej pracy?

Moment, w którym podejmuję decyzję, że zaczynam, oznacza dla mnie wygospodarowanie kilku godzin na bycie w tworzącym się świecie. Nie czekam na natchnienie, systematycznie dzień po dniu tworzę fabułę, zbieram informację, konfrontuje z opinią innych. Gdy zaczynam, to już wiem że rusza ta machina i nie mogę ich zostawić, muszą żyć bez przerw.

Fabuła. Wpadła do głowy jako pełny obraz czy może tylko samo spotkanie? Może pierwsze zdanie, a reszta dopisała się sama? Jak to płynęło w Twojej książce a najpierw w Twoich myślach?

To było fantastyczne!!! Najpierw stolik, rękawiczki, spotkanie, a z każdą chwilą buzowało jak pod pokrywką i aż się wylewa od scen, miejsc, osób,dialogów. Jakbyś puściła mi przed oczami film i kazała go opisywać. Czasem musiałam poszukać jakiejś informacji, zgłębić temat, zapytać kogoś co się zna. Przychodziły obrazy pielęgnowane całe życie w mojej pamięci, związane z moją babcią. Płynęłam na tej fali…

Każdy człowiek w swojej pracy ma dni w których traci zapał i chęci.

Czy podczas pisania miewałaś takie dni? I co wtedy?

 

 A widzisz! Przy ” Jak ja jej nie kochałem” tego nie poczułam. Za to ta moja kolejna bardzo mnie przeciągnęła. Musiałam wtedy odsapnąć, zająć głowę czymś innym i wtedy wracała z całą dobitnością akcja, moi pozostawieni bohaterowie chcieli rozmawiać, tańczyć, żyć, a nie chcieli żeby  przykryła ich  warstewka kurzu.

Powiedzmy, że jesteś Kimś zupełnie z boku i książka autorstwa Marleny Semczyszyn jest dla Ciebie jedną z książek na stosiku do przeczytania.
Co obiektywnie o niej sądzisz?
Za co podziękowałabyś w myślach autorce, a za co zganiła?

Trudne pytanie, och Ty!  Czy w ogóle potrafiłabym być obiektywna? Wiem co czułam podczas niektórych fragmentów, prawdziwy żal, złość, radość, uniesienie. To może gdyby udało mi się przekazać to czytelnikowi, gdyby mógł poczuć to co ja, to warto byłoby po nią sięgnąć.
Podziękowałbym autorce za Bronię i Romka, a zganiła za to co zrobiła Smutnemu i Gosi 🙂

Twój ulubiony z niej fragment to… 

Ja mam swój ulubiony. Nie wiem czy wypada mi zdradzać, ale powiem, że sprawa wychodka.

 

 O tak! Wychodek pisało się z bananem na twarzy. Ja mam przed oczami scenę z domu we Francji, gdzie Gosia jest przecież wśród bliskich, a jednak odczuwa tak ogromny żal  za tym co jej zabrano. Julka i jeszcze warkocz Krysi, jak on sie zawija, gdy ona biegnie, krzyczy. Tak, to widzę teraz przed oczyma.

Czy nachodziły Cię myśli aby zakończyć tę historie inaczej? Czy to było oczywiste? Stałaś czasami za jakąś kropką i byłaś pomiędzy wyborami jak dalej poprowadzić te opowieść?

Nie, nie było wyboru, ta opowieść musiała tak się skończyć, nie majstrowałam, zostawiłam.

A wiem, że „Jak ja Jej nie kochałem” jest drugą Twoją powieścią, ale pierwszą wydaną. Te, która powstała jako pierwsza wciąż leży w szufladzie, a trzecia pędzi do druku. Którą z nich lubisz najbardziej? Którą pisał się najlepiej? Która denerwowała?

Tak, pierwsza leży w szufladzie i za to także mam komu dziękować, musiałam samej sobie zrobić „prrr” i uwierzyć że to kolejną warto pokazać, Najbardziej teraz lubię tę którą mam w głowie. Uwierz tak jest! Bo ona nęci, jest szkic, pomysł, a jak usiądę to będzie się budował mój dom, krok po kroku. Najlepiej pisało się ” Jak ja jej nie kochałem” moje ” Trzy gołębice” oszadziłam w najtrudniejszych z możliwych czasów, kocham je, są tak ludzkie, ale dużo w nich prawdy o tamtym czasie. Denerwuje mnie ta pierwsza, bo jest w niej wątek do wykorzystania, i nie chciałabym tego zmarnować, i mogłam pójść w kierunku rozbudowania  go, a zostałam na płyciźnie.

Aż w końcu pytanie najważniejsze – Co dało Tobie napisanie tej książki?
Nie, nie pytam o wydanie. O to, że widzisz ją oprawioną i wydrukowaną.
Pytam o sam fakt tworzenia historii? Co dało Tobie czy Twojemu otoczeniu?

Julko!!! Dało mi wolność! Zobacz, covid, zamknięcie, jakieś też moje wewnętrzne ograniczenia, kryzysy… A tam mogłam wszystko, śmiać się gdy zapragnęłam, doprowadzić się do łez. Gdy pisze to jakbym otwierała magiczne drzwi a za nimi oni wszyscy, ich gesty, głosy, zapach ich domów, muzyka. Pisanie dało mi wiarę że potrafię, nie mam dwudziestu lat i przydarzyło mi się coś takiego! To jakby nowe otwarcie. Pokazało mi jak wielu fantastycznych ludzi mam wokół. Czytają, chcą, opowiadają swoje historie. Mój mąż powiedział zdanie które poruszyło pewne struny w moim sercu:
” wiesz co zrobiłaś dla dzieci? Pokazałaś im że wolno, że się da, że warto”.To Juleczko jest wartość nieoceniona.

Myślę, że nie ma wywiadu z autorem bez pytania – o czym będzie kolejna książka? To pytanie jakie paść po prostu musi.

Samo to że jest wywiad, autorem niby ja, to jest jakieś nieprawdopodobne 🙂

Kolejna książka opowiada o losach trzech kobiet. Poznajemy je, gdy są małymi dziewczynkami, ich przyjaźń jest trudna bo pochodzą z różnych warstw społecznych, czasy w których przyszło im dojrzewać to dwudziestolecie międzywojenne, jak łatwo policzyć dorosłość przypadnie na czas wojny. Starałam się ukazać wszystkie odcienie kobiecych relacji ich złożoność, ich zależność od okoliczności i ludzi którymi się otaczają.