naklejka.

Czasami mi się użali, że drzew wielkich i starych na podwórku nie mamy.
Ażeby korony cień dawały, huśtawkę na gałęzi powiesić. Z drzewami jest zupełnie inaczej. Bez nich opustoszale tak i zimno. Jakby obco.
Choć moja Mama mawia, że kiedy koło domostwa wielkie, stare, piękne zagajniki to znaczy, że i starzy ludzie tam mieszkają.
Myślę, że wielka to prawda, choć teraz już czasy się zmieniają i domy sędziwe młodzi ludzie z umiłowaniem kupują..

Zupełnie nie wiem kiedy się to stało. Gdzie akurat wyjechałam lub pomiędzy którymi powrotami się zdarzyło..
Czy może gdy byłam jeszcze panienką, a może już dzieci kołysałam..
Choć na ludzki rozum biorąc, rosło każdego dnia… nawet wtedy, gdy jeszcze tam mieszkałam..
Ale wtedy się nie widzi…
Czasami trzeba czasu, czasami dorosłości by pewne rzeczy zauważyć…
Aby je dostrzec muszą stać się dla nas istotne, fundamentalne.. Musimy gdzieś w tej swojej głowie przy nich przystanąć. Z myślą, analizą. 
Młody człowiek żyje pełnią życia i nie przystaje przy rosnących drzewach.
Bardzo to dobra kolej rzeczy. Kiedy jest czas na młodość trzeba być młodym.. Bo na obserwacje przemijania w przyrodzie przyjdzie czas..
Można w rozmaity sposób określać jak dobrze przeżyć życie..
Jedną z moich obserwacji jest pozwolenie na bycie dzieckiem kiedy jest się dzieckiem, bycie nastolatkiem kiedy ma się naście lat, bycie mamą gdy rodzi się dziecko…. aż do bycia starcem gdy nadchodzi starość.
Kiedy mając 5 lat możemy popołudniami rysować patykiem po piachu, z bandą dzieciaków szaleć po ściernisku. Nigdzie się nie spieszyć. 
Potem spać do południa po powrotach z dyskoteki…Zakochiwać się co rusz i tracić serce i rozum.
By potem mieć siłę i cierpliwość do nocnych kolek…
Choć znam i takich, którym nikt nie pozwolił być dzieckiem, zamyślonym nastolatkiem… a szczęście odnaleźli..
Może jak zwykle mierzę swoją miarą, może mierzę tym czego pragnę dla swoich dzieci..
Gdyż ja nie pragnę dla nich niczego wielkiego.. Chcę by byli zwykłymi dziećmi a potem nastolatkami.
Rysowali tym patykiem a potem chodzili na dyskoteki..

Nie wiem zatem kiedy tak urosły te drzewa przed domem moich rodziców…
Czy kiedy byłam kilkulatkiem, panienką czy już mamą..
Piękne są. Nie mogę się na nie napatrzeć gdy idę z wózkiem usypiając Benia.
I kiedy zamykam oczy, widzę jak wracam z wycieczki szkolnej i na skróty biegnę w ramiona Mamy.
Mijam wtedy takie małe zaledwie sadzonki. Widzę to jakby stało się dziś przed południem.
Bluszcz, winorośla, zielenie wszelkie dawno już wyszły ze swoich przydzielonych grządek..
Spróchniała balustrada od północnej strony. I furtka dość mocno. Stolik pośród tui spróchniał całkowicie.
Bo tak to już na tym świecie jest, że nic nie trwa wiecznie. Choć są rzeczy, które pomimo upływającego czasu mają większy sens..
Kiedy wchodzisz do mojego rodzinnego domu, widać parkiet cały porysowany (choć ostatnio wycyklinowali). W niektórych miejscach aż dziury na centymetr głębokie. 
Wtedy widzę każdy obraz mojego i mojej siostry dzieciństwa. Jazdę rowerem po domu. Wigry 3. Bo dostałam przed komunią i mogłam do dnia komunii jeździć tylko po domu.
I ciągnięcie różnych wózków bez kół i te stelaże wbijające się w podłogę..
Rysunki we framudze drzwi, koło których wisiał kiedyś telefon. Ja miałam numer 19 a Aga 15.
Podczas tych pogawędek zawsze tam coś rysowałam.
Stół w salonie pod obrusem ma setki kropek na swoim błyszczącym lakierze. Nabiłam tłuczkiem do mięs. 
Nasz pokoik miał w sobie grubą warstwę taśm klejących od plakatów naszych idoli, dziur w meblach od gwoździ na torebki.
I choć wielkiego szacunku nauczył mnie Tato do pracy ludzkich rąk i do tego co daje nam natura i świat, to dom jest po prostu domem. Albo aż domem. Jednak dla mnie staje się on „aż” domem, tylko wtedy gdy niesie wraz z sobą historię lub właśnie ją tam tworzy.

Dodałam ostatnio na instagramie takie zdjęcie…
drewniany słup w naszym domu, cały poobklejany obrazkami, wycinankami, pociętą taśmą, naklejkami..
Ktoś zapytał czy wszędzie mogą tak kleić? Ktoś inny, że z drewna łatwiej schodzi…
Powiem tak… nie wiem jak schodzi, bo dopóki samo nie odpadnie to nie odklejamy.
Tak, mogą kleić wszędzie. 
I nie wiem gdzie zaczyna się, a gdzie kończy granica szacunku do przedmiotów.
Nie wiem też czy taki sposób wychowywania jest dobry..
Ale wiem, że tak czuję, że tak nam się żyje lepiej.
Wiem, że ten dom nie jest dla nas lub dla pokoleń.. My moglibyśmy nadal mieszkać w kamienicy w centrum miasta, a pokolenia nie wiadomo czy nadejdą.
Ten dom jest dla moich dzieci. I jaki sens miałyby pobielone ściany, pięknie wyszlifowane belki jeżeli nie byłoby tam na nich galerii Tosi, na kanapie pod poduszkami ukrytych naklejek, rys na podłodze od ciągle przesuwanej sofy, pobazgranych kredkami słupów..
I choć każdy jest Panem we własnym domu i nie nam mówić jak każdy ma swe życie tworzyć.. to ja widzę swój świat codzienny właśnie tak.
U nas można jeść na pufach, i w wannie. Można pić gdzie się chce. 
Bo rozlane się zwyczajnie pościera, umyje.
Kiedy jesteśmy w obcym domu żyjemy wobec obcych zasad. Nie nam tam o nich decydować.
Lecz nasz dom jest domem moich dzieci. 
I chyba tak to już jest, że powielamy pewne schematy..
Ja powielam w moim domu to, jaki dom żyje we mnie… tam, ten stojący pośród starych drzew.

Jeżeli przyjdzie taki czas, że będziemy ten dom malować na nowo. Bielić ściany. To pomalowany kredkami słup zawsze nim pozostanie. 
Dbamy o nasz dom każdego dnia. Póki mamy siłę myjemy tarasy, sprzątamy pod wiatą, przycinamy trawę i w pustych miejscach rozsiewamy nową. Oczywiście. Dbamy i pielęgnujemy.
Ale przede wszystkim dbamy i pielęgnujemy indywidualność naszych dzieci.
Czy dziecko nie przez pryzmat codziennego dekorowania naszego domu, kształtuje w sobie poczucie estetyki..
Kiedy byłam małą dziewczynką budowałam codziennie domy. Z cegieł. Z pustaków. Tato nie mógł się nadziwić, że mam siłę to nosić.. Nigdy nie było tak, że jakieś miejsce na naszym podwórku nie było dobre pod moje pomysły.. Choć więdła w tamtym miejscu trawa, choć przekopywałam tam ziemię..
Można wiele po sobie w życiu zostawić. Wielkie majątki, kolekcje, inwestycje, nieruchomości..
Wypielęgnowany dom z idealnie podciętą trawą..
Lecz kiedy przyjdzie nasza starość.. Trawa będzie dość nierówna, bo nie zawsze zdrowie pozwoli na koszenie, czas nadszarpnie drewnianą balustradę, a podgnitą furtkę przysłoni cień drzew.
Tak to będzie…
I nie wiem w jakim stanie uda mi się zostawić po nas dom… który może kiedyś zostanie pusty…
Ale wiem, że będę się starać z całych sił, zostawić w moich dzieciach uczucie jakie zostawili we mnie moi rodzice…
Dlatego nasz dom jest udekorowany milionem naklejek, rysunków i ściennych kredkowych malowideł.
Dziś mogę powiedzieć, że to nasz dom. Wcześniej to były tylko ściany.

O wiele ważniejsze jest w życiu zostawiać po sobie wartości w ludziach. Nie w przedmiotach.